Evening ujrzała setki, jeśli nie tysiące ludzi. Stłoczeni na małej przestrzeni, wrzeszczący, skamlący, walczący o życie. Ale przede wszystkim umierający. Każdy z nich ubrany był w jakiś dziwny i niespotykany strój, który przypominał jakąś białą, grubą kamizelkę; zdawał się w ogóle nie pasować do tego, co panna Antarii widywała na co dzień - na salonach, na ulicy, czy nawet w rynsztokach. Oprócz bliżej nieartykułowanych krzyków przez chłodne powietrze przeciskały się konkretniejsze słowa. Wypowiadane były jednak w jakiś dziwnym, mocno niezrozumiałym języku. Sama pewnie by chętnie zaklęła w jednym z tych dialektów, gdyż telekineza nie zadziałała. Nie poczuła nic, żadnej reakcji, odzewu, jakby magia w ogóle nie istniała. Z rezygnacją spojrzała w niebo. Pięknie czarne, poprzetykane nieznośnie jasną paletą gwiazd, które mieniły się niczym diamenty. Tuż obok księżyc. Jeden, wielki, srebrzysty. Poprzetykany jakimiś ciemniejszymi plamkami, w ogóle nie przypominał żadnego z tych, które widywała na co dzień. Podążając wzrokiem za wielką kulą wiszącą na neibie Evening ujrzała coś, co chyba zakwalifikuje jako najbardziej niesamowitą rzecz ujrzaną w całym swoim życiu. Wielki niczym wieś, masywny niczym smok, przerażający i piękny jednocześnie... statek. Właśnie tonął. Zanurzał się w bezkresnych wodach tego zimnego morza, stojąc pionowo, znikając w otchłani. Był złamany mniej więcej w połowie. Jego przednia część znajdowała się już w sporej części pod taflą wody, ciągnąc za sobą rufę i stawiając ją na sztorc. Dwa wielkie maszty, wieże niemalże, które wyrastały z pokładu znajdowały się teraz poziomo. Czerwono-czarno-biały okręt był niesamowity. Musiał mieć pewnie ze trzysta metrów długości, może nieco mniej. W krzyku ludzi schodził sumiennie na miejsce swojego ostatniego spoczynku. Evening nawet nie zwróciła uwagi na to, że nie miał żagli, że spod rufy wystawał mu jakiś potężny, dziwny ster, jakby poskręcane koło, które nieco przypominało łopatki wiatraka.
- Heeeelp! Heeeelp! Someone heeelp me! I don't fucking want to die heeere! I neeeeed heeeeelp! - darł się ktoś znajdujący się za nią. Baran, który ledwo zmieścił się w swoją białą kamizelkę, taki był gruby.