Eve, to coś chce cię zabić! Nie wahaj się, to tylko powłoka. Jedno proste uderzenie mieczem… podpowiadał jej wewnętrzny głos. I z pewnością nie był to anioł siedzący na ramieniu, albo diabełek z drugiej strony. To ona sama zmuszała się, by pomimo tego że widziała ciało swego ukochanego, mogła z nim walczyć – i wygrać. Bo nie był to na pewno Funeris, którego znała. To zło przybrało jego formę, zło mąci w jej umyśle, mrok opanował to miejsce, a ciemność chciała ją przestraszyć i unicestwić.
Widok płonącego anioła wrzynał się w jej pamięć i podświadomość, zdawało jej się, że widzi każdą żyłkę ognia rozdzierającą jego ciało od środka. Jego oczy opanował ognisty blask a twarz spopielała się coraz bardziej. Jak demon z koszmarów czekający za plecami – różnica była tylko jedna – nie można było się obudzić i trzeba było zmierzyć się z nim w bezpośrednim starciu, a jego obraz przerażał i przenikał duszę, jakby tym ogniem wypalał dziury, w których kłębił się strach. Do tego pomieszanie niepewności i poczucia osamotnienia…
-Przecież wiesz, że cię kocham…- powiedziała do płonącego Funerisa zaciskając rękojeść miecza w dłoni. –Zawsze kochałam…-mówiła zbliżając się w stronę płomieni. Odwaga znów popłynęła w jej żyłach.–Ale… Siedzi w tobie zło. Araxu.- powiedziała stanowczo i twardo, akcentując każdą sylabę. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. Wykorzystała siłę daną od Zartata, by pozbawić demona choć części jego potencjału magicznego, by wyssać z niego nadprzyrodzone siły, by miał mniejsze szanse zaatakowania jej groźnym zaklęciem.–…które trzeba zniszczyć i wytępić.- ciągnęła. Wtedy kawałki jego zbroi pokruszyły się i topiły na jego ciele, opadały na dół odsłaniając żarzącą się skórę. W uszach Eve huczały płomienie trawiące jego skrzydła i zwęglające skórę, która przybierała odcienie czerni. Stawiała małe, lecz zdecydowane kroki, zmniejszając dystans i patrząc się w jego oczy. Wciąż mówiła tak samo jak on głosem zimnym, pozbawionym jakichkolwiek emocji. Chciała się z nich oczyścić, by nie popełnić błędu, nie dać się zwieść. To tylko powłoka- krążyło po jej głowie.
Kiedy znalazła się jakiś metr od niego, wyciągnęła dłoń w jego stronę. Tak jak zawsze, gdy chciała pogładzić go po szorstkim policzku i dać znać, że wszystko jest dobrze. Ale w prawej dłoni dzierżyła miecz. –Ashush upash- wyszeptała stojąc przed nim, tym razem delikatnym głosem, spokojnym, pełnym łagodności. Jakby mówiła „tak, kocham cię”. Otoczyła się ochronną powłoką, by demon nie zaatakował jej zaklęciami z żywiołu ognia. Czuła to gorąco bijące od niego. Tak samo jak namacalne były te płomienie i popiół, także emanujące zło dało się niemal… dotknąć. Zmaterializowana forma zła, przybierająca postać najważniejszej na świecie osoby…
Jej miecz powędrował szybko w stronę Funerisa. Ruch był zdecydowany, szybki i mocny, jak wyćwiczony przedtem setki razy, wyuczony na pamięć. Ostrze jakby samo powędrowało w stronę gardła anioła. Poziome cięcie. Wzrok dziewczyny wciąż skoncentrowany był na jego twarzy, która zwęglała się i przybierała coraz bardziej parszywy wygląd. A jej wzrok był chłodny, jakby ona sama znajdowała się gdzieś daleko, albo niewzruszenie obserwowała tę scenę stojąc z boku. Kierował nią po prostu brak akceptacji dla zła i ciemności opanowujących duszę, wdzierających się do serc. Ogień rozbłysnął gdy srebro spotkało się z żarzącym się ciałem anioła.
//ochronny balsam, drenaż