Po egzorcyzmach miała dokonać się egzekucja. Dość oczywista sprawa, skoro kanclerz był zdrajcą. Jej formę zapewne miała dyktować kultura Kunan. Drago nie wnikał w nią specjalnie, swoją pracę wykonał. Nie zamierzał oceniać zwyczajów obcego ludu. Nie zamierzał ingerować w owe zwyczaje. Nie po to tutaj przybyli. Jednak egzekucja nie przebiegła tak, jak zaplanowano. Przerwało ją nadejście kunańskiej kobiety. Kapłanki, czy też szamanki. Drago obserwował to wszystko z pewnej odległości. Dało się słyszeć jej słowa. Tak doskonale znane wampirowi. "Nie ma emocji, jest spokój." Słyszał tę mantrę coraz częściej. Odprowadził wzrokiem szamankę, gdy ta odchodziła. Kim ona była i skąd znała te słowa? Co one dla niej znaczyły? Drago nie poznał odpowiedzi na te pytania. Kunanie zaczynali się rozchodzić. Im zaś przydzielono kwatery w mieście. Wampir udał się więc do swojej, prowadzony przez jakąś anonimową, młodą Kunankę. Jego kwatera była całkiem wygodna, lecz bez przesadnych luksusów. Ot, droższy pokój w dobrej karczmie. Tak by to wampir porównał. Wszedł do środka i zamknął drzwi na klucz. Podszedł do okna. Nad miastem Kunan wciąż panowała noc. Przyjemny mrok otulał zabudowania jak ciasny worek szczeniaka wrzuconego do rzeki. Drago był zmęczony. Przez połowę dnia walczyli. Powalił behemota zaklęciem. Przeprowadził dwa egzorcyzmy w międzyczasie dzieląc się krwią z rannym i demaskując zdrajcę i szpiega kunańskiej rasy. Sporo jak na jedno popołudnie i wieczór. Był zmęczony. Ale nie był jeszcze śpiących. Zetknął na siebie na drzwi. Po tym, wiedzion impulsem, otworzył okno i wyskoczył. Nie było ono wysoko nad ziemią. Nie było to nawet dwadzieścia metrów. Bestia zwinnie wylądowała pod oknem i ruszyła zwiedzać miasto. Drago był go ciekaw. Chciał je obejrzeć. Porozmawiać z napotkanymi Kunanami. I wytropić ewentualne niedobitki demonów. Ruszył więc nocą w miasto. Ruszył biegiem, często wspinając się na budynki i skakając po dachach. Zwiedzał miasto. Poznawał je. Napotkał kilku Kunan i wymienił z nimi kilka słów. Przemienił się też w nietoperza i latał w tej postaci nad miastem. Korzystał z nocy.
Wrócił jakiś czas później, gdy już wszyscy spali. Wleciał przez okno, które wszak zostawił otwarte. Wylądował na dywanie i nadał swojemu ciału normalny kształt. Zamknął okno, zasunął ciężkie i grube zasłony, które na nim wisiały. Zabezpieczenie przed promieniami słońca, które nawiedzić miały miasto z rana. Zajął pancerz, aby nie spać w nim i położył się na łóżku. Był zmęczony. Jego ciało i umysł musiały wypocząć i przygotować się do kolejnej bitwy. Kolejnej dziennej i ciężkiej bitwy. Zamknął oczy. I zasnął, trzymając dłoń na rekojeści sztyletu, który to położył przy poduszce. Ostrożności nigdy za wiele, szczególnie w obcym miejscu.