Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Skrzydła i szpon
Funeris Venatio:
Jego zmysły szalały, jednak nie czuł jeszcze, że zostanie zaatakowany. Dwa widma zmaterializowały się przed nim, a on spokojnie i płynnie, bez gwałtownych i szybkich ruchów przesunął dłoń na sztylet zrobiony z żelaza. Usłyszał pytanie wampira, spojrzał na niego z wolna, kiwając delikatnie głową, ledwie zauważalnie. Oczami wwiercił się w króla, potem przeniósł je ewidentnie na zjawę z lewej strony anioła, wskazując kierunek ataku. Tego, który już za moment trzeba będzie przeprowadzić. Trzymając dłoń zaciśniętą na rękojeści sztyletu, dłoń lewą, począł podnosić stopę, by dać krok w tył. Wiedział, że najbliższe zapadlisko, niknące w ciemności, znajduje się dobrych kilka metrów za nim.
Dragosani:
Wampir mruknął coś pod nosem, jakby dając do zrozumienia, że zarejestrował potwierdzenie anioła. Na niewiele więcej mógł sobie pozwolić. Widma zaatakowały. Oba na raz, każde skupiło się na jednym ze śmiałków. Widmo z lewej zaatakowało Funerisa (1.). Widmo z prawej Dragosaniego (2.). Warto wspomnieć, że oba widma różniły się nieco. Szczegółami ledwie, lecz można było je rozróżnić. Widmo atakujące wampira było jakby nieco jaśniejsze. To, które ruszyło na Funerisa było więc odrobinę ciemniejsze... I zdawało się "znać" anioła. Jeżeli oczywiście można użyć takiego słowa w przypadku takiej istoty astralnej.
Duch atakujący anioła (1.) niemal od razu wytworzył cztery macki, które skierował szybko w stronę skrzydlatego, próbując go oplątać. Widmo cały czas przy tym się zbliżało, zmniejszając odległość.
Widmo, które skupiło się na wampirze (2.) skorzystało z innej techniki. Zatrzymało się w odległości około siedmiu metrów. Wciągnęło przed siebie swoje widmowe ręce. I nagle buchnął z nich podmuch ognia. Płomienie skierowały się w stronę Dragosaniego, którego uratowało błyskawiczne użycie ochronnej magii demonicznej - zaklęcia znanego jako Zwierciadło ochrony. Płomienie zostały zneutralizowane, widmo ruszyło więc do bezpośredniej konfrontacji.
Zaktualizowano:
2 x Popielne widmo
Funeris Venatio:
Jego stopa dotknęła posadzki, gdy zjawa rzuciła się przed siebie. Kłębowisko popiołu i dymu, skrzące się i syczące na astralnym planie, poczęło zmierzać w jego kierunku. Wyciągnął więc sztylet z niewielkiej, skórzanej pochwy. Inkrustowana jedynie drobnym, delikatnym szlifem, z metalową skuwką na końcu, brzęknęła cicho. ÂŻelazny sztylet naznaczył swoja obecnością jaskinię, odbijając kilka promieni z kuli światła zawieszonej nad głową anioła. Widmo w tym czasie zmniejszało odległość, wyciągając kilka ze swoich macek. Funeris naliczył szybko cztery sztuki, wyrośnięte z pleców astralnego bytu. Wystrzeliły one do przodu, będąc jeszcze bliżej wojownika.
Anioł w tym czasie dał dwa, może trzy kroki do tyłu. Bestia była osiem, siedem, sześć metrów od niego. Zbliżała się niemiłosiernie szybko. Poeta wypuścił z płuc powietrze. Czując uciekający tlen, czuł jednocześnie przepływ energii. Cząstka jego magicznej siły, którą czerpał bezpośrednio z łaski Zartata, wypłynęła z jego trzewi. Poczuł jak impuls kieruje się w stronę jego wolnej, prawej ręki, jak kłębi się między palcami, zaglądając pod paznokcie i szczypiąc go przyjemnie w wierzch dłoni. Widział blady, miły blask, który niemalże strzepnął na siebie, wypowiadając jedno słowo:
- Anosh.
ÂŁaska mocy, jak nazywali to zaklęcie, za chwilę napełni go jeszcze większą magiczną energią, dodając mu dodatkowych sił. A czuł, że będzie ich potrzebował.
Widmo zbliżało się nieubłaganie. On wypowiedział ledwie jedno słowo, ruszył dłonią, a ono skróciło dystans o więcej niż połowę. Funeris widział wyraźnie, że w tym samym czasie Dragosani odparł pierwszy atak przeciwnika, przechodząc do bliższej walki. Miecz Słońca, jak został wcześniej nazwany, pchnął do przodu sztyletem, jakby celował pod żebra kogoś stojącego tuż przed nim. Widmo kierujące się na niego było jeszcze nieco zbyt daleko, atak nie miał szans go dosięgnąć. W chwili jednak, gdy anioł był w pół ciosu, zdematerializował się. Poczuł się nagle lekko i zwiewnie, momentalnie niknąc z oczu wszystkich zebranych. Kawałek po kawałeczku i cały na raz, rozpadł się w jednym miejscu i pojawił w drugim. Patrzył wyraźnie na plecy popielnego widma, które atakuje jego króla. Wiedział, że nie spodziewało się ono i nie miało szans, by się spodziewać, ataku na właśnie nie. A ruch wykonany lewą ręką, tą ze sztyletem, był płynny i pewny. Anioł był w pół ciosu, gdy zniknął, w drugie pół pojawiając się kilkanaście centymetrów za drugim przeciwnikiem, nie mogąc już powstrzymać żelaznego ostrza, by przeszyło fizyczny, dymny korpus astralnego bytu.
Dragosani:
Funeris poczuł napływ boskiej mocy, będący skutkiem jego zaklęcia. Zaatakowane widmo nie miało czasu na reakcję. Krótkie, żelazne ostrze przeszyło fizyczną manifestacje widma, rozrywając jej nadnaturalnie podtrzymywane cząstki i dezintegrując ją. Widmo zamieniło się w kupkę popiołu, która opadła na ziemię. Jedno z widm zostało zniszczone... na razie. Pozostało jednak drugie. Błyskawicznie odwróciło się w stronę Funerisa i zaatakowało mackami. Było blisko, wystarczająco blisko dla jego popielnych macek. Zaatakowało więc nimi. Nie próbowało schwytać anioła, tylko go uderzyć. Atak był piekielnie szybki. Trzy macki chybiły, jedna trafiła swój cel. Anioł poczuł ból w jego prawym barku, gdy długa kończyna widma uderzyła. Jego zbroja, mimo iż doskonała, nie mogła w pełni powstrzymać siły ciosu. Funeris upadł, sztylet wypadł mu z dłoni. Czuł ból. Coś było nie tak z jego barkiem. A widmo zamierzało skorzystać z okazji... Przygotowało się do użycia pazurów na okaleczonym aniele. Nie zdołało, przeszkodził mu Dragosani. Wampir doskoczył do widma i złapał je za ramię demoniczną dłonią. Zmutowana tkanka umożliwiła mu interakcję z widmem, więc pociągnął je i powalił na ziemię. Wycelował pistolet i strzelił prosto w głowę zjawy. ÂŻelazny pocisk zdematerializował fizyczną powłokę widma. Na razie.
- ÂŻyjesz? - zapytał przyjaciela, ładując broń. Wolał być gotowy, mimo iż chwilowo byli chyba bezpieczni.
// Twój prawy bark został zwichnięty.
I zaktualizowano:
Popielne widmo
Funeris Venatio:
Funeris przyciągnął telekinezą swój sztylet. Podziękował w duchu Zartatowi, że nie wpadł on do jednej z tych dziur, które ziały czarną czeluścią. Tyle by pewnie było z żelaznego ostrza, które będzie tutaj na wagę złota. Podniósł się, na początku z trudem, gdyż oparł ciężar nieopatrzenie na lewej ręce. Poczuł ukłucie, potem już tylko tępy ból. Nie wnikał nawet jak widmo w tak krótkim czasie, czyli czasie żadnym, pokonało tyle metrów. Przecież prawie dziesięć. Stało się, trudno. Nie będzie płakał nad rozsypanym popiołem.
- Ta, żyję. Tylko chyba - poruszył barkiem, skrzywił się - na pewno - poprawił do chwili - mam zwichnięty bark. Prawy. Chcesz się pobawić w nastawianie?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej