Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Skrzydła i szpon
Dragosani:
Zjechali na trakt, wiodący w pobliże wulkanu. Wokół, pośród głębokiego półmroku, szumiała trawa i niskie drzewa. Pomiędzy nimi słychać było umykające przed wędrowcami małe zwierzęta. Przed nimi majaczył się sam wulkan Aralak. Wielki, majestatyczny i prastary. Z jego szczytu ku ciemnemu niebu piął się słup dymu. Dragosani milczał, pogrążony w zadumie. Można było się jedynie domyślać nad czym rozmyśla. Zapewne nad czymś głupim niezwykle istotnym. I widocznie w tym zamyśleniu zignorował obecność konia, który to wiózł ich zapasy. #winaFuna
- No będzie ze kilka godzin. No ciężko tak mnie powiedzieć, ale coś koło tego będzie. - odparł Krecik. Pociągnął nosem i kaszlnął.
Funeris Venatio:
- Pytałeś coś później Robina o całą sprawę? - zapytał anioł Dragosaniego, podjeżdżając nieco bliżej niego na Yodzie.
Dragosani:
- Tak - odparł Drago. - Miałem z nim rozmowę w cztery oczy. wyraziłem swoją opinię na temat stanu jego placówki i popytałem, czy wie coś o naszej sprawie. Słyszał o tym i wysłał tam nawet kilku ludzi, aby to zbadali. Rzecz jasna niczego się nie dowiedzieli. Niespecjalnie mnie to dziwi. Jeden z nich podobno skręcił sobie kostkę, gdy przeszukiwali stok. Co w sumie jest całkiem zabawne, jeśli się nad tym zastanowić.
- Tak było! - dorzucił od siebie Krecik. Jego nieśmiałość zdawała się przemijać w miarę czasu spędzonego z dzielnymi bohaterami (i bohaterką) Valfden. Może jeszcze wyjdzie na ludzi?
- To Tymon był. On zawsze był trochę niezdarny - powiedział, siedząc tak krzywo na swojej szkapie, że był bliski zsunięcia się z siodła.
Funeris Venatio:
- Tymon, powiadasz? - rzucił do Krecika, szybko jednak tracąc nim zainteresowanie. Rekrut coś tam mu jeszcze odpowiedział, ale Funeris nie do końca go słyszał. Nie chciał słyszeć. Pogrążył się rozmyślaniach.
Droga ciągnęła się leniwie, późne atunus zerwało wszystkie liście z drzew, zostawiając łyse kikuty upstrzone pojedynczymi, brązowymi plamkami. Jechali z wolna bezpośrednio na wschód, trzymając się traktu wzdłuż Ynosy, który prowadził ich do jej źródeł. Wstęga po ich prawej stronie raz wyłaniała się zza drzew, raz znikała znowu, gdy oni się nieco oddalali. Zawsze jednak była gdzieś obok, szumiąca, coraz mniej rozległa i szeroka, jak zbliżali się do górnego biegu. Z lewej strony traktu mijali różne miejsca. Natrafili na zniszczoną ziemską posiadłość, pozostałości kamiennego murku i spalonego doszczętnie sporego domu na niewielkim wzniesieniu przy drodze. Wypadek ledwie kilkuletni, zapewne zdewastowany podczas wielkiej wojny, która przetoczyła się przez tę krainę. Kilka mil dalej natrafili na ambonę myśliwską z przyczajonym na niej elfem, obserwującym prześwitujący las w dole. Wypatrywał zwierzyny łownej, która mogła pojawić się w okolicy. Przez moment chciał chyba nawet wyrazić swoje niezadowolenie z faktu, że konie płoszą dziczyznę, ale dostrzegł dwa anioły i zamknął ryja na kłódkę, niewychowany jeden.
Dragosani:
Elfi gbur nawet się nie odezwał. Odprowadził wzrokiem jeźdźców. A minę miał niczym srający pies na pustyni, jak to mówią w pewnych regionach Doral. Czas ich podróży mijał, wulkan się zbliżał, a Krecik opowiadał właśnie coś o liściach. Dziwny to był chłopak. Droga mijała, aż dotarli pod wulkan. Jego szczyp górował wysoko nad nimi. Buchały z niego kłęby szarego dumy. Sam stok tej ognistej góry porastały nieliczne drzewka i krzewy. Tylko gdzieniegdzie rosły tam poletka trawy. Zbocze okraszone były szarymi głazami, mniejszymi kamieniami i ledwie widocznymi korytami. Pamiątkami po odległych w czasie erupcjach. Nie było tutaj zwierząt, nie słychać było ptaków. Można było za to bardziej wyczuć niż usłyszeć, bardzo cichy odgłos. Jakby wielkie ciśnienie napierało z wnętrza ziemi, gotowe do uwolnienia. A może było to tylko wrażenie, wywołane dość ponurym krajobrazem? W powietrzu czuć było delikatny zapach popiołu.
Drago powęszył.
- ÂŚmierdzi tu - stwierdził. Pozostali członkowie ich wyprawy ledwie wyczuwali wspomnianą woń. Dla wampira była jednak ona wyraźna.
- Ano wcześniej tak nie było - wtrącił od siebie Krecik.
- Rozejrzyjmy się może po okolicy - zasugerował Antares. - Fun. - Kiwnął głową na anioła. - Wzbij się w powietrze. Może coś z góry dostrzeżesz - polecił mu. - J'kar musi żyć w jakiejś grocie, czy czymś podobnym. Szukajmy więc czegoś takiego. Eve, Krecik... hm... może rozpalcie ognisko w jakimś odsłoniętym miejscu? - ni to zapytał, ni rozkazał. - Może ogień go wywabi. Ja się rozejrzę za duchami.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej