Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Skrzydła i szpon
Dragosani:
Gdy Evening podeszła do wampira i anioła, Drago powęszył w powietrzu.
- Róża i kokos - stwierdził. - Jeżeli się nie mylę składniki z Vanalt i... - Powęszył. - Kadev? Tak, Kadev. Rok dwudziesty szósty. Wtedy było odpowiednia pogoda... - szeptał. Rzecz jasna łgał, wszak nikt nie mógł mieć takiego węchu, aby po zapachu poznać skąd pochodziły składniki użyte w perfumach. Chyba. W końcu jednak musiał przestać się popisywać. Do przystani przybył wezwany Robin Hobb. Idąc miał minę jakby chciał zwyzywać rekrutów za głupie żarty. Jednak szybko zrozumiał powage sytuacji. Wszedł na przystań i ujrzał taki oto widok.
Zgromadzeni tutaj knechci i rekruci stali wyprężeni na baczność. Całkiem dobrze, rekruci są głównie od stania na baczność. Problem polegał na tym, że nie stali oni sobie ot tak. Prężyli się przed trójką przybyszów, którzy to zeszli właśnie z jakiegoś brygu. Dwójka aniołów. Dwójka. Aniołów. Dwa! Anioły! Znał dobrze jednego z nich. Funerisa. O anielicy, zapewne Evening Antarii słyszał jeno. Był z nimi także ktoś jeszcze. Dziwne znajomy, ale skąd... I wtedy na Robina zstąpiło olśnienie. Przyszło w postaci wspomnienia wydawania pieniędzy jednemu z jego podwładnych, który kilka dni temu miał coś załatwić w mieście. Oczami pamięci Hobb ujrzał srebrne grzywny... i twarz na nich. Zdołał zachować pozór godności, gdy podszedł do przybyszów.
- Wwitaj, wasza mr... wysokość - skłonił się dwornie przed Dragosanim, prawie się przy tym nie zająkując. - I ciebie, Funerisie, oraz pannę Antarii - powitał również aniołów. - Ja... Czemu zawdzięczamy tak niezapowiedzianą wizytę? - zapytał.
- I ty witaj, Robinie. Przybyłem dokonać inspekcji - przemówił wampir surowym tonem. - Za piętnaście minut chcę widzieć twoich podwładnych na dziedzińcu. Pomijając tych, wykonujących w chwili obecnej niecierpiące zwłoki obowiązki - polecił.
Funeris Venatio:
- Witaj, Robinie. Witaj... - powiedział, jakby już był niezadowolony. Pokręcił z politowaniem głową, patrząc na człowieka przed sobą. Jego twarz starała się wyobrażać wszystko to, czego tylko paladyn przed nim mógł się spodziewać. Wszystkiego najgorszego, co warte zaznaczenia. Postąpił krok do przodu, a w panującej tutaj ciszy, zakłócanej jedynie poprzez szum wody obijającej się o nabrzeże, dało się słyszeć przeciągły, nieznośny dźwięk. Jedna z desek pokładu zaskrzypiała tak głośno i tak jazgotliwie, że jeden z rekrutów chyba popuścił w lniane gacie, zieleniejąc jednocześnie. Anioł zawiesił głowę, wzruszył ramionami, jakby jego najlepszy uczeń właśnie nie odrobił pracy domowej. Patrzył się na Robina z miną mówiącą: nie wierzę.
- Dziesięć minut. W pełnym rynsztunku - pozwolił sobie dodać, porozumiewawczo patrząc na króla. Prawą ręką delikatnie wskazał anielicę stojącą tuż obok, lewą kierunek, nie wypowiadając słowa. Zapewne zapraszał do dalszej drogi pirsem, po schodach na górę, do bramy. Wysoki mur i dwie baszty broniły dostępu do twierdzy z tej strony. Gdyby ktoś tutaj wylądował, byłby zamknięty w śmiertelnej pułapce. Po tych schodach nie dało się poprowadzić taranu, a krat z walcowanej stali nie dało się wyważyć pustymi głowami prostych żołdaków.
Dragosani:
Piętnaście Dziesięć minut minęło zdecydowanie zbyt szybko. Przynajmniej z perspektywy obsady placówki. Dragosani, Evening i Funeris wyszli na dziedziniec. Jacyś słudzy od razu zaproponowali im przyniesienie krzesła, stolika i czegoś do picia. Wampir odmówił, twierdząc, że nie przybyli tutaj na posiadówki, tylko aby skontrolować pracę rycerzy.
Po jedenastu minutach obsada twierdzy zgromadziła się na dziedzińcu. Wedle rozkazu Dragosaniego stawili się ci, którzy mogli. Pozostali pełniący w danej chwili ważne obowiązki byli zwolnieni z tej nagłej inspekcji. Ktoś wszak musi stać na warcie, albo czyścić latryny. Rycerze, rekruci, paladyni i inni knechci ustawili się w równym szeregi. Niektórzy z nich niestety nie zdążyli przywdziać pełnego rynsztunku. Pasy z bronią innych były krzywo przypięte. Ot, takie szczegóły wynikające z pośpiechu i szoku. Dragosani w milczeniu chodził wzdłuż szeregu. Minę miał pozbawioną emocji. Absolutnie i całkowicie zimną. Więc biedni kontrolowani wojacy nie mieli pojęcia co o nich myśli.
Funeris Venatio:
Przeszli przez bramę, wchodząc w zamurowany tunel. Zrobiło się na chwilę cieplej z racji braku przeszywającego wiatru. Mogłoby być jeszcze cieplej, gdyby byli agresorami próbującymi zdobyć tę warownię, gdyż w suficie, pomiędzy jedną kratą a drugą, widać było wyraźnie liczne otwory. To z nich spadała smoła, rozgrzana na wrzenia, paląca i topiąca tkanki. To stamtąd spadały kamienie i włócznie, leciały strzały i bełty. ÂŚmiertelna pułapka dla każdego, kto chciał przedrzeć się przez bramę. A później, jak sobie szybko uświadomili, było tylko gorzej. Za drugą kratą z walcowanej stali znajdował się malutki placyk w kształcie kwadratu, otoczony z czterech stron murem. To tutaj wylewały się atakujące wojska, będąc w potrzasku, otoczone przez łuczników i kuszników, szyjących do napastników. Potem musieli iść w lewo, mając lico muru ze swojej prawej strony, patrząc w głąb twierdzy. Większość pieszych wojowników tarczę trzyma w lewej ręce, miecz lub włócznię w prawej, więc idąc w lewo, tarcze skierowane były na zewnątrz, nie chroniąc naturalnie ich posiadaczy przed następnym gradem strzał, który spadał na nich w tym momencie. Później przeszli przez jeszcze dwie zatoki, znacznie już większe, każde odgrodzone od reszty zamku murem i bramą. Podzielenie warowni na segmenty ułatwiało obronę i pozwalało odciąć się od straconych pozycji, kierując się do następnej linii obrony. Tutaj już, przed wejściem do głównej twierdzy z wysoką wieżą w centrum, był plac. Plac upstrzony ludźmi, elfami, maurenami. Niezależnie od rangi, wszyscy stali teraz równo w rzędzie, prężąc pierś przed królewską inspekcją.
Anioł ruszył kilka kroków za Dragosanim, gdy ten zaczął obchód. Rycerz, który stał pierwszy w szeregu, delikatnie odetchnął, gdy król go minął, nie spodziewając się, że anioł ruszy za nim. Przyjrzał się mu uważnie, wpatrzył w oczy i bez słowa ruszył dalej. Rekrut stojący obok niego, w samej koszuli, z ćwiczebnym mieczem u pasa, trząsł się lekko. Funeris minął go, nawet nie patrząc na chwilę. Po przejściu obok kilkunastu zakonników, zostawiając Jego Królewską Mość nieco z przodu, postąpił nieco w prawo, stając naprzeciwko zgromadzenia. Rozpostarł skrzydła, pokazując anielski majestat, wyciągnął z pochwy miecz i skierował go w niebo. Delikatnie, niemalże bezdźwięcznie szepnął - Illumine - by jego czarna bestia rozbłysła błękitnym światłem. Poczekał jeszcze chwilę, niedługi moment, by Dragosani minął ostatnich członków Bractwa ÂŚwitu zgromadzonych na głównym placu Chevalier i krzyknął doniośle:
- Czołem, żołnierze!
Dragosani:
- Czo... - zaczęli odpowiadać ci z lepszym refleksem. - - Czo... - dołączyli do nich pozostali. - ÂŁem! - zakończyli ci pierwsi. Uderzyli pięścią w prawą pierś, w geście pozdrowienia. - ÂŁem! - dogonili ich inni.
- Czołem! - krzyknął jakiś młody rekrut, który chyba się zamyślił. Pacnął się lewą ręką w pierś. Tak to już jest, że młodzi, nieznający świata i jeszcze niewinni często pogrążają się w majestacie króla. Robin zamknął oczy w rozpaczy, słysząc ten ostatni okrzyk. Mruknął coś do siebie, niesłyszalnie dla każdego poza nim samym.
Dragosani tymczasem przeszedł już wzdłuż szeregu i wrócił na środek. Stanął przed Funerisem. Nie uważał za konieczne prezentowanie broni. Wypadło jednak, aby coś powiedział.
- Przybyłem tu z daleka, przebyłem morze i oto patrzę na was. - No i spojrzał na nich. Powiódł wzrokiem po całym szeregu. Rycerze nerwowo spróbowali go dyskretnie wyrównać. - I widzę rozluźnienie. Brak dokładności i przygotowania. Stacjonujecie na granicy naszego królestwa. Poza nią czekają niebezpieczeństwa... Nie możecie więc pozwolić sobie na choćby chwilę wytchnienia. Nasz lud liczy na waszą ochronę! - przemawiał. Przerwał na moment, aby znów spojrzeć na rycerzy. Po kolei, na każdego z osobna.
- Stała czujność! - ryknął i kilku rekrutów drgnęło nerwowo. - Czujność i dyscyplina! Jesteście częścią zbrojnej elity królestwa. Pokażcie mi więc jak powinna wyglądać ów elita! - Zebrani zbrojnie nie bardzo wiedzieli co zrobić. ÂŻe jak pokazać, tak teraz? ÂŻe co niby? Król jednak chyba to zignorował.
- Teraz niech wystąpią osoby, które znają stok wulkanu Aralak. Sprawy królestwa gnają mnie tak i potrzebuję przewodnika. - Coś tam w szeregach poszeptało. W końcu ktoś wyszedł. Lub raczej został dyskretnie wypchnięty.
- Dlaczego mnie to nie dziwi... - mruknął do siebie Drago. "Ochotnikiem" był rekrut, który spóźnił się z odezwą na okrzyk Funerisa. I wyglądał na osobę raczej nieszczególnie szczęśliwą ze swojego losu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej