Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Skrzydła i szpon

<< < (29/76) > >>

Dragosani:
Dragosani skinął Funerisowi głową na powitanie. Bo był dobrze wychowany, nie to co anioł, to tylko podchodzi i od razu pyta tak bez żadnego "dzień dobry", ani chociaż wspomnianego kiwnięcia głową. Co za gbur.
- Tak planowałem - odpowiedział mu, łaskawie nie komentując oburzającego zachowania Venatio. - I przyznam szczerze przed boskim wysłannikiem, że chcę zrobić to tylko po to, aby zobaczyć minę ich dowódcy, gdy nas ujrzy. Dlatego przez przybiciem do brzegu schowajcie się może z Eve pod pokładem, aby nie dojrzeli was z nabrzeża. Swoją droga, gdzie ona jest? - Rozejrzał się. - Pewnie nos pudruje, czy coś... Nos się pudruje, co nie? - zapytał anioła, który mógł mieć większą wiedzę na temat makijażu.

Funeris Venatio:
- Chyba nos... - odpowiedział, myśląc przez chwilę. Podrapał się po swoim, jakby sprawdzając czy z jego własnym jest wszystko w porządku. Skonstatował szybko, że nie ma to najmniejszego sensu, gdyż on swojego nosa nigdy nie pudrował, a nie przypomniał sobie, gdy żył bliżej z Wieczorkiem, żeby ta często pudrowała swój nosek.
- Coś się na policzki jeszcze nakładało? Też puder? Ty, może być, że puder. Czyli albo pudruje się nos, albo policzki, albo obydwa. - Albo żadno, dodał sobie w myśli.
- Nieważne. Namiestnik zakonu nazywa się Robin Hobb. Znam go dobrze, więc możesz dać mu w kość od samego początku. Nie oszczędzaj go - powiedział do wampira, mrugając mu porozumiewawczo.

Dragosani:
Wampir skinął głową.
- Kojarzę go - odparł. - Jeszcze z Oddziału. Stare, stare dzieje. - Spojrzał na zbliżający się brzeg w zamyśleniu. - Kiedyś wszystko było łatwiejsze... - mruknął wpół do siebie. Potrząsnął głową. - Ale nie pora na wspomnienia. - Zbliżali się do fortu. Na maszcie Szachraja łopotała bandera Valfden, bez królewskich oznaczeń. Z fortu odezwał się róg. Dawał zapewne jakieś wygnały załodze. Bryg sunął po wodzie i wpłynął do przystani.
- No to szykuj się - Drago zwrócił się do skrzydlatego. - Masz zrobić jak najlepsze wrażenie. To królewski rozkaz... Cholera, mogłem zabrać koronę. - Poklepał się po głowie i wygładził włosy.
Statek przybił do brzegu i wampir zszedł po spuszczonym trapie. W tylko sobie znany dla siebie sposób szedł jakoś... po królewsku. Roztaczał wokół siebie aurę majestatu. A przecież nie miał królewskich insygniów, ani nawet płaszcza audiencyjnego, który swojego czasu zrobiła dla niego Evening. Ale jakoś tak krok zmienił, spojrzenie i minę. No król. Kilku rekrutów na przystani obserwowało z zaciekawieniem przybyszów. I chyba zorientowali się, że nie są to zwykli podróżni. Widom anioła też pomógł w uświadomieniu im tego faktu.
- O kurwa! - wyrwało się jednemu z nich. Poszeptali coś między sobą, jeden pchnął drugiego i ten drugi pobiegł gdzieś w stronę zabudowań. A pozostali stali tylko jak wryci, chyba nie bardzo wiedząc jak zareagować.

Funeris Venatio:
Funeris przeczesał włosy, spiął z tyłu głowy i przewiązał opaską, co by mu się nie plątały. Wyeksponował czoło, kontrastujące z dwudniowym zarostem. Tuż przed wpłynięciem do niewielkiego portu przy murach zamku, wszedł do kajuty i zgarnął ze stołu swoje pancerne rękawice. Poprawił pas z mieczem, już stojąc niedaleko wampira na górnym pokładzie. Rzucił okiem na dwa sztylety w niewielkich pochwach przewieszone ukośnie przez pierś. Wszystko na miejscu. Strącił jeszcze jakiś paproszek z kirysu, który wrzucił na siebie zdecydowanie wcześniej, wiedząc przecież, że wylądują na zamku Bractwa ÂŚwitu.
Funeris ruszył po trapie zaraz po królu Dragosnim I Antaresie, suzerenie i władcy Valfden. Był oficjalnym zwierzchnikiem wszystkich sił zbrojnych na swoich włościach, wliczając w to zwierzchnictwo nad wszystkimi zakonnikami wchodzącymi w skład Bractwa ÂŚwitu. Niestety spora odległość od stolicy i brak insygniów władzy nie pozwoliły szarym rekrutom, którzy zapewne nigdy nie widzieli na oczy ani króla, ani anioła, ani nawet Wielkiego Kanclerz Bractwa, na szybsze zareagowanie. Gdy jednak jeden z nich się zmitygował, Funeris uśmiechnął się lekko. Zaczęło działać.
- Baaaaaacz-ność! - rzucił niczym gromem, samemu prostując się, obejmując zasięgiem głosu tych kilku knechtów, którzy mieli szczęście pracować właśnie przy nabrzeżu.

Evening Antarii:
Nawet podczas podróży kobiecie nie wolno zapomnieć o własnej urodzie. Evening była dobrze nauczona przez matkę jak dbać o cerę, tak podatną na podrażnienia przez ostre morskie powietrze, które niemiłosiernie wysusza naskórek i niszczy go. Poza tym należało przyszykować swoje ciało do hemisowego niedoboru światła słonecznego. Jego brak sprawiał, że twarz matowiała i wyglądała o wiele starzej i niezdrowo. Anielica chciała tego za wszelką cenę uniknąć. Przygotowanie odpowiednich kosmetyków pochłaniało mnóstwo czasu. Potrzeba było do tego niezliczonej ilości misek, miseczek i mieszadełek. Wszystko to zdobyła u kucharza pokładowego. Oczywiście nie był skory do oddawania w niewieście ręce różnorakich naczynek, ale cóż, na urok panny Antarii nie mógł nic poradzić.
Gdy wszystkie szpargały ułożyła na swym biurku, mogła przejść do wytwarzania maści, maseczek, balsamów i innych  mazideł służących różnym celom. Trochę ciepłej wody, bez liku ziół i innych substancji - to wszystko potrzebne było Eve do stworzenia kilku kosmetyków. Gdyby ktoś obcy i niezaznajomiony ze "światem piękna" na to spojrzał, pomyślałby pewnie, że Eve uprawia tu czarną magię albo rzuca uroki. Nic z tych rzeczy!
Na początek w drewnianej miseczce anielica specjalnym moździerzem rozgniotła liście mięty, białko jajka, trochę ryżu i cytryny dla orzeźwiającego zapachu, który powstanie po połączeniu z miętą. Mieszaninę ucierała tak długo, aż powstała gładka emulsja w jasnozielonym kolorze. Gdy stwierdziła, że odświeżająca maseczka jest gotowa, odstawiła ją na bok, by składniki jeszcze się "przegryzły".
Następnie, na bazie miodu i olejku migdałowego, stworzyła balsam nawilżający do ciała. Dodała tam jeszcze masła kokosowego, by dobrze rozcierać kosmetyk na skórze.
Gdy maseczka była jej zdaniem gotowa, Eve odgarnęła włosy do tyłu, splotła warkocz, by kosmyki nie wpadały do jej oczu i na czoło. Sięgnęła dłonią do miseczki, by nabrać trochę mazi na twarz. Siedząc przed niezbyt profesjonalnym lustrem (krzywym i nieco brudnym- ale luksusów Eve na statku nie oczekiwała), kolistymi ruchami nakładała substancję na policzki, nos i czoło. Zajęło jej to dłuższą chwilę. Należało bowiem, po wmasowaniu, poczekać do całkowitego wchłonięcia. W tym czasie Evening mogła umyć się w ciepłej wodzie, o którą uprzednio prosiła, a po kąpieli dokładnie wsmarowała balsam kokosowy w łydki, uda, brzuch, piersi i ramiona. Po tym zabiegu jej skóra wyraźnie nabrała jędrności i nawilżyła się. Przyszedł czas, by się ubrać. A potem pomalować.
Postanowiła nie bielić twarzy pudrem. Nałożyła jedynie na policzki róż, "ożywiając" nieco swój wizerunek. Oczy podkreśliła czarnym węgielkiem nakładanym drobnym, wąskim pędzlem na górne powieki. Trochę też powędrowało na brwi. Rzęsy miała długie - postanowiła ich już nie poprawiać.
Tak wyszykowana mogła wyjść na górny pokład. Ahh! Nie mogła zapomnieć o perfumach różanych. Lekka zapachowa mgiełka otoczyła jej ciało swoim zapachem.
Wiedziała, że już się zbliżają do portu. Rozplotła warkocz, a włosy pozostały pofalowane.
-Wybaczcie moi drodzy- rzuciła niedbale do Funerisa i Dragosaniego. -Już jestem gotowa- uśmiechnęła się niewinnie. Była świadoma tego, że trochę wydarzeń na pokładzie mogło ją ominąć.
Teraz stanęła sobie obok anioła krytycznym wzrokiem oceniając zgromadzonych przed nimi ludźmi. W jej oczach mogli dostrzec jej wyższość nad nimi. Przynajmniej starała się, żeby tak było. Należało wzbudzić respekt przed żołnierzami z zueskiej jednostki.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej