Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Skrzydła i szpon
Funeris Venatio:
- To ja idę spać... - powiedział i poszedł spać.
Dragosani:
Drago zaś nie spał. Noc był na to zbyt młoda. Gdy anioły się ulotniły (hehe), sam przemienił się w nietoperza i poleciał sobie gdzieś.
Wrócił nad ranem i od razu zagonił wszystkich do roboty. Brutalnie obudził Funerisa, dobijając się do drzwi jego klitki, którą to szumnie naszywano kajutą. Załoga przygotowała statek do wypłynięcia i dość szybko odbili od brzegu. Zaczęli kierować się w górę rzeki, ku placówce Bractwa znanej jako Chvalier. Podróż nie powinno zając im wiele czasu. Ot, kilka godzin rejsu. Rejsu dość ciemnego, wszak było hemis i promieni słonecznych było niewiele. Dzięki temu Antares mógł chodzić po pokładzie bez swojego kaptura i maski. Tak też czynił strasząc inspirując załogę swoim licem.
Funeris Venatio:
Małże. Wszędzie małże. Jak okiem sięgnąć, tylko małże. Małże nad małżami i wszystko małże. Małżogeddon. Małżokalipsa i jej czterej jeźdźcy (małzowi oczywiście).
Anioł był gdzieś na plaży, nad jeziorem. Przechadzał się spokojnie w jedną i drugą stronę, niosąc jakieś przedmioty z zaparkowanej w cieniu karety na koc rozłożony na piasku. Miał na sobie białą koszulę, zwiewną i proste, zwykłe spodnie. Również zwiewne. Lato było, w pełni, jak się zdawało po wyglądzie słońca na nieboskłonie i zieleni wokół. Funeris był widocznie na wakacjach, a przynajmniej tak się zachowywał. Uśmiech nie znikał ani z jego twarzy, a twarzy towarzyszki, która siedziała już na kocu, równie szczęśliwa i lekko ubrana. Ostatnią rzeczą, którą Funeris przyniósł z karety, była butelka białego, pół-wytrawnego wina. Usiadł sobie obok towarzyszki, niezwykle pięknej, chociaż nieco od niego młodszej. Odkorkował butelczynę, wziął do ręki dwa kieliszki, które były złożone w koszu wypchanym jakimiś szmatkami dla amortyzacji i nalał im nieco trunku. Stuknęli się szkłem, wznosząc toast i śmiejąc się perliście.
Minuty mijały im w pełnej radości, aż zdecydowali się na jakieś lekki drugie śniadanie, jako że pora była jeszcze wczesna. Anioł wyjął z małego kuferka obłożonego zaklęciem lodu małże. Miał również nieco octu winnego, soli i jakiegoś kwaśnego alkoholu. Otworzył nożykiem skorupki, częstowali się różnymi dodatkami i zajadali w najlepsze, szybko susząc butelkę. Anioł nie omieszkał skoczyć po następną. Chwilę później stali już po kostki w wodzie, ciesząc się swoim towarzystwem, czule wpatrując w oczy i przytulając. Anioł pocałował wybrankę, namiętnie ją do siebie przyciskając. Ta odwzajemniła miłosne zawody, rzucając mu się na szyję.
Sielanka trwałaby w najlepsze i pewnie przeszliby nieco dalej w swoich czynach, lecz anioł stanął przypadkowo na czymś twardym, co ukłuło go w stopę. Prawie że zaklął, powstrzymując się w ostatnim momencie. Uznał, że to dobry moment, by przejść z powrotem na koc i dokończyć dzieła, lecz coś otarło go o stopę. Odwrócił się, patrząc pod nogi. Wcale przezroczysta woda pozwalała zobaczyć wiele pod swoją powierzchnią. Ujrzeli więc obydwoje małże. Mnóstwo małż. Były wszędzie wokół nich, w miejscu gdzie stali. Nie wiedzieli skąd one się tam tak nagle wzięły, a już na pewno nie potrafili zrozumieć skąd tu tyle małży.
Starali się przejść na brzeg, kalecząc stopy, i złorzecząc na skorupiaki. Anioł wziął swoją partnerkę na ręce, chroniąc ją przed małżami. Posadził ją wreszcie na kocu, zagryzając wargi z bólu. Całe jego stopy były pocięte ostrymi krawędziami muszli. Obrócił się, patrząc na taflę jeziora. Widział jednak tylko małże. Mnóstwo, mnóstwo małż. Wychodziły na brzeg, pchane niewidzialną siłą, niczym posiadając nibynóżki albo inne coś. Kierowały się w stronę Funerisa i kobiety, prąc do przodu niczym wylewająca się z wulkanu lawa - mimo wszystko, za wszelką cenę. Anioł zaklął teraz szpetnie, postępując krok w stronę małż. Zatrzymał się jednak, patrząc z niedowierzaniem na taflę jeziora. W miejscu, gdzie małże wychodziły na ląd, zaczęły pojawiać się większe i większe. Niektóre muszle miały przeszło metr długości, były więc ogromne jak na małże. Otwierały swoje skorupy i stawały dęba. Ich białe wnętrza wypuściły macki, które imitowały ręce i nogi. Sprawa robiła się poważna. Podczas gdy anioł próbował ogarnąć swoim umysłem, co się właśnie dzieje, z jeziora wyskoczyły następne. Małże, oczywiście.
Wielkie, wielkie małże. Każda, gdy postawiła się na sztorc i wyrzuciła na zewnątrz małżowate macki-niemacki, mierzyła jakieś dwa metry, więcej niż anioł. Skoczył do przodu, chwytając Funerisa. Ten chciał się bronić, zareagować, ale nie mógł nic zrobić, niby sparaliżowany. ÂŻadna z jego umiejętności nie zadziałała - nie mógł się przemieścić czy użyć zaklęcia. Był bezsilny. I bezsilnie patrzył, jak małże doskakują do jego towarzyszki. Dwie wielkie muszle pochwyciły kobietę, następne dwie, te metrowe, skoczyły do jej stóp, unieruchamiając ją. Krzyczała, wrzeszczała i piszczała, lecz nie mogła wiele zdziałać. On też nie mógł. I tylko przyglądał się, jak małże pożerają jego ukochaną, niczym oni pożerali małże wcześniej.
Małże rozdarły brzuch kobiety, wyciągając na zewnątrz wszystkie wnętrzności, aż te straciły swoją nadaną z definicji nazwę. Jelita, żołądek, nerki i trzustka - wszystko na zewnątrz. Małże po kolei podbiegały do niej, chwytały kawałki jej ciała i pożerały ze smakiem. Zaczęły dobierać się do nóg, rąk, twarzy. Uczta trwała, a anioł nie mógł nic zrobić. Przyglądał się bezradnie makabrycznej scenie, próbując się wyrwać, lecz dostał tylko małżową macką w twarz, aż pociekła mu krew. Małże śmiały się, chichotały i wiwatowały, przerzucając się kawałkami ciała kobiety. Wszystko tonęło we krwi. Plaża zasłała się purpurą.
Funeris podejmował kolejne rozpaczliwe próby obrony, wyrwania się, lecz małże były zbyt silne. Były przerażająco silne. Dostał znowu w twarz, jeszcze jeden i jeszcze. Zaczęło robić mu się ciemno przed oczami. Potem dostał w brzuch, w żebra i znowu w głowę. Wreszcie jedna z małży wzięła nieprzytomnego już anioła, podniosła wysoko do góry i rzuciła na ziemię w zapaśniczym stylu. Funeris gruchnął o ziemię. W głowie mu kołatało.
Funeris gruchnął o ziemię. W głowie mu kołatało.
Otworzył oczy. Zorientował się, że spadł z łóżka, a do jego "kajuty" dobijał się jakiś popieprzony debil, budząc pewnie wszystkich w promieniu kilku mil. Zapewne Drago. Na pewno Drago. Podniósł się, usiadł na rogu łóżka i przetarł twarz dłońmi. Westchnął, gdy przypomniał sobie, co mu się właśnie śniło.
- Ja pierdolę... - odrzekł wreszcie, przypominając sobie swój sen. Ubrał się w pełni, wstał i wyszedł na pokład. Małży pewnie nie ruszy już dłuższy czas.
Dragosani:
A Szachraj pruł już dzielnie w górę rzeki. Trochę z oporem z racji na przeciwstawny nurt, jednak wiatr zapewniał niezerową prędkość. Dragosani krzątał się po pokładzie, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Czuł się nabuzowany energią. Był początek Hemis, więc dla wampira był to istny przypływ mocy i życia. Popijał sobie coś z butelki owiniętej w futerał z cienkiej skóry. Krążył po pokładzie i czasem nawet pomagał tam w czymś, co wymagało siły.
Cel ich podróży zbliżał się szybko. Wszak to ledwie kilka godzin rejsu, a na wodzie czas płynie jakoś szybciej. Szczególnie, gdy jest wiatr. W przeciwnym wypadku jest kompletnie odwrotnie.
Funeris Venatio:
Ynosa miała to do siebie, że rozlewała się częściowo w pewnym miejscu w wielkie jezioro, będące już tuż obok Rizla i zamku Chevalier. Wpływali właśnie na jego wody, niemalże czując następny przystanek na swojej drodze. Funeris również krzątał się po pokładzie. Próbował najpierw znaleźć Evening, ale ta się gdzieś zaszyła. Czuł ją gdzieś na pokładzie, więc na pewno była jeszcze z nimi, nie odfrunęła nigdzie, próbując przetrawić małże i szpinak. Miał do niej kilka pytań, ale nic ważnego, więc mógł je równocześnie zadać w jakimkolwiek innym momencie. Widział za to króla, akurat stojącego przy sterówce.
- To co? Robimy zakonnikom pełen przegląd na wjeździe?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej