Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Cień wiatru
Dragosani:
Drago zachował kamienna minę gdy usłyszał ile Licho jest dłużna Krawcowi. W jego obecnej sytuacji był to śmieszne pieniądze. Ale nie powiedział nic, nie skomentował tego. Sam wszak pamiętał, że dawniej byłby to dla niego majątek. Uśmiechnął się tylko, gdy usłyszał o kobiecych wydatkach. Wolał nie myśleć jak szybko przepuściłby własne królewskie zarobki, gdyby miał swoją królową. Szczęśliwie jednak tak głęboko się jeszcze nie pogrążył.
- Skąd ta jego ksywka? - zapytał od razu, gdy tylko Licho przerwała swoją wypowiedź. No bo przecież musiał o to zapytać. Szczególnie po takich słowach. - Ale o tej Fridzie nie słyszałem. Jakoś moja bractwowa anielica mi o tym nie wspominała. - Wzruszył ramionami, zwalając winę za nieznajomość Fridy na Evening. Wszak na kogoś trzeba było winę zwalić, więc dlaczego nie na anielicę?
Licho:
- Lubi szyć, dziergać, robić na drutach... z ludzkiej skóry- Licho posłała mu spod kaptura tajemniczy uśmieszek. Był to jednak ten typ uśmiechu, za który mogła się kryć zupełna prawda wypowiedzianych przed chwilą słów, albo mógł wskazywać na zwykły żart. W tym przypadku jednak to ta pierwsza opcja wchodziła w grę. - Mało kogo się boję. Ale jego bardzo. No i ciebie może trochę. Chociaż teraz to już nieee. Jesteś królem, wiele rzeczy ci nie wypada, zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że ktoś na ulicy cię rozpozna, a potem plotka, że coś zrobiłeś, coś powiedziałeś, poniesie się po caaaałej wyspie- zachichotała. - Więc jesteś takim niegroźnym królem. Króliczkiem! Od dzisiaj mówię do ciebie "króliczku". Dostałeś z Bractwa aniołka, króliczku? Do zabawy?
Dragosani:
Drago prychnął.
- To ja ci pokażę sztuczkę - odparł, po czym nasunął na twarz maskę. Nosił ja przy sobie, nawet podczas Hemis. Po części z przyzwyczajenia, po części dla zachowania anonimowości. Zaśmiał się krótko. - A ten Krawiec w zasadzie niewiele różni się od przeciętnego demona. - Machnął ręką. - A padnie pewnie nawet szybciej. - Albo zachowywał taką pozę, albo opis tego bandyty nie wywarł na nim wrażenia. - Można tak powiedzieć - odparł ze śmiechem na pytanie o anielskie sprawy.
- Ale wracając... Ilu ten typ ma ludzi? - zapytał. - Ma jakiś sojuszników spoza swojej bandy? W ogóle kto to jest? Konkrety poproszę.
Licho:
- A nie sądzisz, że wszyscy znają już królewską maskę?- spojrzała na niego podejrzliwie. - E tam, z demonami to ja nie miałam wiele do czynienia- machnęła ręką. - Wolałam im w drogę nie wchodzić. Przeczekałam wojnę, siedziałam cicho jak mysz pod miotłą, nie szlajałam się po traktach, byle nie trafić przypadkowo na jakąś zawieruchę, nie zginąć tak głupią śmiercią- wytłumaczyła. Uniosła dłonie do ust, chuchnęła w nie kilka razy, by nieco je rozgrzać. Wampir i dziewczyna mijali właśnie centrum, a nawet zbliżali się do murów miejskich.
- Hmm... On ma całą siatkę ludzi rozsianych głównie po stolicy, ale i w Atusel znajdzie się kilkunastu. Ogólnie wszyscy są na jego wezwanie, on im płaci grubą kasę. W swoich szeregach ma nawet najemników z Bękartów, szuje jedne... Ych. Pijaki to są okropne, pierwsze o co pytam w karczmie to to, czy mój rozmówca jest z Bękartów! Jeśli tak to albo w ogóle nie rozmawiam dalej, albo jestem niezwykle ostrożna. Nigdy nie wiadomo dla kogo pracują. Znaczy wiadomo! Dla tego, co da więcej. Zero honoru zwyczajnego rabusia i rzezimieszka. Wracając, trudno ich zliczyć. Myślę, że w Efehidonie ze 30stu będzie. Handlują bagiennym zielem w ciemnych uliczkach, wykonują płatne morderstwa, zaszantażują kogoś od czasu do czasu, ot, zwykła ciemna działalność- wzruszyła ramionami. W tym czasie znaleźli się już za bramą miasta. Szli szybko, bo było strasznie zimno. To oczywiście Licho nadawała tempo, gdyż w tej parze to ona marzła bardziej.
- A ty zapewne wojny nie przewisiałeś w postaci nietoperka w jakiejś przytulnej, wilgotnej jaskini? Wszak takie "wyróżnienie" znikąd się nie wzięło?...
Dragosani:
- Takie maski noszą wszystkie wampiry na wyspie. A zawsze też mogę się w nietoperza przemienić - odpowiedział Drago. - I wplątać ci się we włosy, czy gdzieś - dodał jeszcze. Omijali teren festynu. Sądząc z odgłosów było tam całkiem sporo osób. Zapewne wielu znajomych, może nawet przyjaciół. Co najmniej jedna osoba mogłaby go więc poznać, nawet w masce. I weź się potem tłumacz! Więc lepiej nie ryzykować. Szczególnie, że istniało zagrożenie, że jakaś szalona dziewka zacznie mieć dziwne plany w związku z jemiołą.
- Jak zawsze - mruknął lekceważąco. - Wędrowałem po całej wyspie, próbując odkręcić ten cały burdel. Jakoś się udało, jak widać. Chociaż gdyby nie nasi wojacy, to byśmy teraz chodzili po gruzach. Nawet nie wiesz jak źle było. No aleee... ktokolwiek spoza jego najbliższych współpracowników będzie po nim rozpaczał? - wrócił do tematu Krawca. - Wiesz, żeby po wybiciu jego bandy nie niepokoili cie jacyś jego żądni zemsty kompani.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej