Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Cień wiatru
Licho:
- Pasuje, psiamać. Lepsze to niż mieć numer zamiast imienia. Ale i tak miło, że królewski okręt nosi taką nazwę! A pozostałe?- spytała z ciekawości. - Wiesz, mi obojętne którą bramą wyjdę, byle strażnicy trzymali ode mnie swoje łapy z daleka. To raczej tobie zależy na wizerunku. Bo kiedyś może i byłeś szlachcicem, ale teraz to już prawdziwe panisko z ciebie, nie możesz ot tak się szlajać z byle więźniarką, obdartuską- przewróciła oczami. Skrzyżowała ręce na piersiach i odwróciła się na pięcie. Zainteresowana jednak jego stwierdzeniem o "przerwie od królowania", odwróciła głowę w jego stronę. Wciąż jednak była rozeźlona.
- Phi!- prychnęła. - Liczysz na zaproszenie na herbatkę? Co to, to nie. Oni wiedzą, że martwa nie spłacę długu, z drugiej strony, jeśli puszczą mnie wolno nie mają pewności, że kiedykolwiek wrócę i spłacę należność. Dlatego wierz lub nie, oni ciągle patrzą. Wiedzą gdzie jestem, co robię i z kim. Nawet teraz, ha! No dobra, teraz przesadzam, ale wystarczy, że ktoś mnie dojrzy na mieście, doniesie komu trzeba i już będę mieć na karku kilku mięśniaków. Dlatego chciałam ruszyć do lasu, przeczekać trochę, może wpaść na ślad Fridy, a później jakoś oddać im grzywny i mieć spokojną głowę. A później znów zacząć żyć na własny rachunek, kraść gdy jestem głodna, kraść tylko dla siebie, nie mieszać się i nie być zachłanną- wyjaśniała pospiesznie, wyraźnie była rozemocjonowana. Wzięła głęboki wdech. - Draaaaguś, ja wiem jak stąd wyjść i bez twojej pomocy. Wiem jednak, żeś jest groźny wampirek no i potrzebuję niejako twojej protekcji, by strażnicy się nie czepiali, ot co. To prowadź, do mniej uczęszczanej bramy... Choć mi to jedno i to samo... Byle wyleźć z tego przeokropnego pałacu!
Dragosani:
- Ych, czy to ważne? - odparł ma pytanie o pozostałe okręty. Był zbyt leniwy, aby wymieniać wszystkie ich nazwy. Przynajmniej akurat w tej chwili. Może później. - Teoretycznie i król to szlachcic. Tylko taki trochę bardziej - skomentował. Trochę mijało się to z prawdą, ale cóż... W ogóle mógł to zapamiętać. Całkiem dobry tekst do użycia kiedyś w polityce.
- I chyba nie do końca mnie dobrze zrozumiałaś - Znów spojrzał przez okno. Widać było, że coś knuł. - Więc powiem wprost. Mogę pomóc ci ich zabić. Martwi nie będą spłacać długów. To korzyść dla ciebie. Martwi nie będą zagrożeniem dla moich obywateli. To korzyść dla mnie. A i może skorzystają na tym jeszcze inni, jeżeli dobrze pokombinujemy. Dawno nie miałem okazji aby sobie coś pokombinować niezwiązanego z papierami Lucjusza... - Na chwilę zanurzył się w myślach. Ciężko mi było tak siedzieć w pałacu. - Ostatecznie skorzystanie z ukrytego wyjścia by nawet mogło okazać się pomocne. No, ale twoja decyzja. Wolisz żyć dla kogoś, bo nie wierzę, że oni tak łatwo cię puszczą, nawet gdy zapłacisz, czy też raczej wolałabyś żyć dla siebie? - zapytał w końcu.
Licho:
Licho zmrużyła oczy myśląc o czymś intensywnie. - No dobrze!- zawołała po kilku sekundach.- Masz rację, sama nie dałabym rady zrobić im chociażby draśnięcia. A co, tron jest niewygodny? Wiesz, nie dziwię ci się. Ciągnie cię gdzieś, hę? - Licho zaśmiała się perliście. - To wyjdźmy stąd najpierw, a później pomyślę, co dalej- podrapała się po głowie. Włosy miała już niemal suche i przede wszystkich pachnące! Spojrzała na wampira wymownie. Jej oczy mówiły "prowadź!", a na twarzy znów pojawił się zadziorny uśmieszek. Dziewczyna odzyskała dobry humor mając świadomość, że nie przyjdzie jej dogorywać w lochach, a i na wolności będzie w miarę bezpieczna, dzięki obecności wampira przy boku, na dodatek dobrego przyjaciela, z którym całkiem nielicho spędza się czas.
Dragosani:
Wampir klepnął się po pasie. Tak odruchowo sprawdzał, czy broń jest na swoim miejscu. Wszystko miał. Lucjusz oraz służba pałacowa kręciła nosem na to, że ich nowy król praktycznie cały czas ma przy sobie broń. Ale Drago był w tej kwestii nieustępliwi. Bez broni czuł się nagi. A był zdecydowanie zbyt trzeźwy, aby chodzić po pałacu nago. Kiwnął głową na Licho, coby ruszyła za nim. Skierował się w stronę jednego z wyjść dla służby. Mało uczęszczanego. Po drodze zahaczył jeszcze o pralnię, wywołując tam mały atak paniki wśród służby i rekwirując jeden z ciepłych płaszczy. Dał go Licho.
- Będzie ci cieplej - okazał troskę. - A kaptur zapewni trochę anonimowości - dodał jeszcze, całkiem rozsądnie. I w końcu wyszli z pałacu. Przy wyjściu nikt ich nie zatrzymał, mimo iż pilnował go strażnik. Nie zwrócił jednak na nich uwagi. Miał pilnować aby nikt niepowołany nie wchodził.
- No i jesteśmy - powiedział wampir. Nasunął kaptur na głowę. Nie chciał być tak od razu rozpoznawany. Gdzieś tam w oddali, od strony rynku, słychać było śpiewy i muzykę. Zaczynał się festyn.
Licho:
- Czarny, idealnie- mruknęła dziewczyna, zakładając podarowany płaszcz. - Rękawy nieco za długie, ale to nie problem- także nasunęła kaptur na głowę, ale po to, by było jej cieplej. Król i złodziejka ruszyli więc przez uliczki miasta zasypane śniegiem. Z okien domów było widać ciepłe światło świec. Ludzie krzątali się jeszcze to tu, to tam, choć było naprawdę zimno. ÂŚnieg przyjemnie tłumił dźwięki, ale te dochodzące z festynu wyraźnie docierały do uszy dwóch zakapturzonych postaci.
- Banda Krawca zapewne chleje na festynie. To dobrze. Przemkniemy gdzieś bokiem, nie zorientują się, i pójdziemy do wsi za miasto. Tam ostatnio widziałam Fridę, a chciałabym ją odnaleźć. Wiesz kim jest Frida? Na pewno, kiedyś szukało jej nawet Bractwo! A to dość zabawne, bo rycerze dawali jej pieniądze, gdyż była taka pocieszna, wesoła, a zarazem opowiadała historię, że nie ma mamy ani taty. Grzywny trafiały zaś do mnie. Wiesz, mimo wszystko polubiłyśmy się. Ma dziewięć lat, a cwana jest jak lisica, mówię ci. Umie też szybko dodawać i odejmować w głowie duże liczby- Licho chwaliła się, jakby to swoje własne zasługi i umiejętności wymieniała. Po chwili znów zaczęła mówić, zmienionym już głosem, bardziej przygnębionym. - Krawcowi zaś wiszę 12 tysięcy... Ciułałam jak mogę, odkładałam każdą grzywnę. Do tej pory uzbierałam 2300, i tak sporo. Ale Krawcowi się spieszy. Ukradłam mu drogi klejnot, który sprzedałam, a kasę zwyczajnie przepuściłam. Nie patrz się tak na mnie! Kobiecie niezwykle łatwo wydać nawet tysiące- usprawiedliwiała się. Spuściła wzrok, nasunęła rękawy na dłonie. - Lepiej nie pytaj skąd jego ksywka... - za wędrującą dwójką pozostawały ślady stóp w śniegu. Znów zaczęło prószyć i z nieba leciały duże płatki. Oddalali się od głównych ulic i od miejsca, gdzie gromadzili się wszyscy mieszkańcy stolicy i nie tylko. Przytłumiona muzyka, śmiechy i rozmowy docierały do nich jednak, ale Licho nie było wcale do śmiechu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej