Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Cień wiatru
Dragosani:
Nazwa wyprawy: Cień wiatru
Prowadzący wyprawę: Licho
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: zaproszenie od Lucjusza do odwiedzenia pałacowych lochów
Uczestnicy wyprawy: Dragosani, Licho
Wampir zaśmiał się krótko.
- Nie powiedziałem, że mam na to ochotę. - Wstał. Poprawił trochę napierśnik, który miał na sobie. Gdy nie udzielał audiencji lub nie uczestniczył w jakiś ważnych wydarzeniach nie nosił płaszcza od Evening. Mógł być on ładny, ale niezbyt wygodnie jest go ciągnać za sobą. Szczególnie w lochach. - Chodźmy więc. Młodsi przodem. - Skinął Lucjuszowi aby prowadził. Drago doskonale znał drogę do lochów. W bardziej słoneczne miesiące bywał tam często i grał ze strażnikami w karty. Teraz po prostu nie miał ochoty wyrywać się do przodu.
Licho:
Szli dość długo. Wszak pałac nie był mały, a i lochy mieściły się na drugim końcu budynku i jeszcze trzeba było zejść w dół kilka pięter. Po drodze Draga i Lucjusza zaczepił między innymi kucharz, by król spróbował po łyżeczce sosu pieczarkowego i musztardowego i ocenił który bardziej nadaje się do zawijanych kotletów. Natknęli się też na dekoratora pałacowych wnętrz. Ten zaś nie wiedział, które zasłony do okien w sali dla gości będą bardziej pasowały do wystroju. To znaczy wiedział, nie był jedna pewny czy będą one odpowiadać królewskiemu gustowi.
Oczywiście Drago, jako najlepszy władca w całym marancie, musiał sumiennie wykonywać swoje obowiązki i nie ignorować służby w potrzebie.
Wreszcie dotarli. Lochy nie robiły miłego wrażenia, a zapach tutaj panujący dawał wiele do życzenia. Stęchlizna, wilgoć, wydzieliny, niemyte ciała więźniów. Co jak co, ale zabójcy, złodzieje i oszuści zasługiwali w pewien sposób na takie warunki.
Grube kraty ciągnęły się wzdłuż korytarza. Raz po raz ktoś wyciągał swoją chudą i długą rękę. Czasami z samych czeluści cel świeciły oczy psychopatycznego mordercy.
Do mężczyzn podszedł jakiś strażnik. Wydawał się zniecierpliwiony.
- Najłaskawszy królu!-skłonił się nisko przed władcą.
- Proszę opowiedzieć naszemu władcy o co wam właściwie chodzi- wtrącił się szybko Lucjusz.
- Ach, tak tak, od razu mogę przejść do rzeczy! Jeśli najlitościwszy pan pozwoli pójść za mną...- odezwał się nieco nieśmiało strażnik. - Otóż to, że więźniowie sprawiają problemy, to nie żadna tajemnica. Ostatnio jednak to staje się nieznośne, ci obrzydliwcy nie chcą nic gadać gdy ich przesłuchujemy i próbujemy sporządzać raporty do śledztw w ich sprawach. Kiedyś byli pokorniejsi. Chodzi też o to, że cele są przeludnione i należy zdecydować, których z nich zwyczajnie wypuścić, a kogo zostawić albo... "unieszkodliwić"- wyjaśnił pokrótce i zaczął iść wzdłuż ciemnych i śmierdzących cel.
Dragosani:
No i tak szli. Korytarzami i w dół kilka pięter. Dragosani oczywiście rozmawiał z każdym sługą, który miał do niego jakąś sprawę. Chociaż tego dekoratora wnętrz jakoś miał ochotę wywiesić przez okno za nogi. Przecież to oczywiste jakie zasłony preferował wampir! W końcu dotarli jednak do celu. Schodząc do lochów, Antares wciągnął głęboko powietrze. Samo to pewnie zmroziło krew w żyłach Lucjusza.
- Ach, przypomina mi się Podgrodze mruknął. - Kiedyś tam mieszkałem, wiesz? - Lucjusz wiedział. Drago często to powtarzał. To przynajmniej było lepsze od jego żartów. Zeszli w końcu na dół. Król wysłuchał słów strażnika. Ruszył za nim wzdłuż celi.
- Więc czego ode mnie oczekujesz, Franciszku? - zapytał, zwracając się po imieniu do strażnika. Lubił znać swoich ludzi i to okazywać. Lud podobno lubił takie gesty. - Wątpię, abym osobiście ich przesłuchując osiągnął więcej niż wy. - Idąc zaglądał do celi. Zadziwiające było to, ilu było tu bandytów. Dobrze, że ich wyłapywano. Po wojnie naroiło się bardzo wiele band. No ale bez przesady. - Wiecie chociaż kto a co siedzi? - zapytał.
Licho:
Lucjusz zmarszczył się, gdy Drago wspomniał o podgrodziu. Sam nie był tam już dawno ze względów higienicznych no i z obawy o własne życie. Ale każda wielka osobistość na Valfden zaczynała na Podgrodziu, to powoli stawało się niemal tradycją. Być może ta paskudna dzielnica hartowała i wzbudzała w ludziach chęć rozwoju osobistego? Bieda i brud były tak bardzo nie do zniesienia, że każdy chciał się stamtąd wyrwać za wszelką cenę?
Strażnik chrząknął zawstydzony - Ekhem.... Stanisławie- poprawił władcę, choć nie wiedział, czy wypadało.- Niee, skądże, nie chodzi nam o przesłuchiwanie! Skąd taki pomysł w ogóle?- wypalił niemal pogardliwie, aż zaczął się bać, czy nie pożałuje zaraz tonu swojego głosu.
- O, proszę, Królewska Mość spojrzy, to Edward Turkuć Podjadek. Zapewne zastanawiasz się panie, skąd taki przydomek? Otóż Edward żywił się kocimi zwłokami. Odkryli to lekarze na Uniwersytecie, gdy Edward zgłosił się tam z bólami brzucha. Po zbadaniu okazało się, że w żołądku zalegają mu pokłady kociej sierści, male kocie kosteczki i tak dalej. I co zrobić z takim delikwentem? Ostatecznie nawet nie wiadomo o co go oskarżyć, ale łazić na wolności takie coś też nie może - spojrzał z politowaniem na więźnia. Edward okazał się być mężczyzną po 50tce, z siwą brodą i okazałą czupryną także siwych, pokręconych włosów. Wyglądał marnie, jak wszyscy tu z resztą.
- Obok niego zaś jest groźniejszy jegomość... - Stanisław oddalił się dla własnego bezpieczeństwa od krat. - To Albert Rienne, znany jako Słowik. Seryjny zabójca. Dorwaliśmy go jakieś 3 miesiące temu, gdy uciekał z miejsca zbrodni. Okropny zwyrodnialec. 17 dziewcząt padło jego ofiarą, ehh... Aż szkoda i żal mówić jak się z nimi obchodził- strażnik wyraźnie posmutniał.
- A tu, o, to w ogóle cudak- Stanisław podzwonił swoim sztyletem w kraty. W ciemności było widać tylko ciemne, błyszczące oczy. - To rodzynek w tej całej zgrai. Raczej rodzynka hehehe- zaśmiał się dziwnie. - Baby to powinny w domu siedzieć i chłopom obiad gotować! A ta jakaś narwana. Lata po traktach, kradnie jak opętana, nawet najbogatszym. Szlag by ją... Bo ona oddać to i tak nie ma z czego. ÂŻreć nie chce, wychudła. Ale silna jest paskuda. Raz pogryzła Ferdynanda na nocnej zmianie, bo chciał ją po cyckach pomacać! Niedobre dziewuszysko. No, chodź tu brzydulo, pokaż się- zachęcał ją milutko Stanisław.
- Pies cię jebał- usłyszeli z wnętrza celi. Dla Draga o dziwo był to znajomy głos.
- Zamknij się ty mała dziwko! To król przyszedł, żeby wam lochy trochę własnym blaskiem olśnić a wy co, mendy jedne!
Dragosani:
Drago znów się krótko zaśmiał. Warto było być królem choćby dla słyszenia takich tekstów.
- Już nie przesadzajmy z tym blaskiem - uspokoił entuzjazm strażnika. Spojrzał przez kraty do celi "rodzynki". Coś mu tu... Ale najpierw trzeba było coś zdecydować.
- Kotojada wypuśćcie. I tak rzekomo brakuje tutaj miejsca - powiedział po chwili. - Spędzenie czasu w takim towarzystwie było wystarczającą karą. Wskażcie mu drogę do jadłodajni miejskiej dla ubogich, jeśli tak bardzo głoduje. - Podszedł do celi mordercy. Bez strachu stanął blisko krat, czym zapewne wywołał mały zawał u strażnika. Ale w razie czego potrafił się obronić.
- Słowika do sądu. Niech ma uczciwy proces. Potem się go publicznie powiesi - zdecydował patrząc w oczy zbrodniarza. Wrócił do celi ciemnookiej kobiety.
- Ferdynandowi dać po łapach za próby obmacywania więźniarek - zapadłą kolejna decyzja. - Z tą tutaj porozmawiam osobiście w cztery oczy. - I znów ten mały zawał w piersi strażnika. - Dajcie jej tylko balie z wodą, coby się umyła. I wyślijcie kogoś do kuchni, niech jakąś strawę przyniosą. Nie to co tutaj podają, coś normalnego.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej