Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Kryzys w Bogdańcu
Mohamed Khaled:
W końcu i on postanowił się zdrzemnąć. Nasunął kaptur głębiej na głowę, jego twarz spowił już całkowity mrok, który zlewał się z jego twarzą. Przymknął powieki i oddalił się do krain snów, gdzie mordował za wielkie pieniądze, ruchał każdą dziewkę i bawił się w najlepsze. Pierwszy spokojny sen od baaardzo dawna.
Marduk Draven:
Draven zbudził się. Powoli, delikatnie, spokojnie rozwarł powieki, jeszcze łaknące snu. Pierwszym, co go przywitało, był widok jej delikatnych, ciepłych rysów. Długich rzęs, czarnych jak noc w hemis, nieskażonego ni rysą, ni zmarszczką czoła. ÂŚredniej wielkości, wąskich, różowiótkich niczym rumience ust. Długich, rozczochranych po nocy oraz płowych niczym lwia sierść włosów, pachnących, delikatnych.
Delikatnie podparł się na łokciu, tak by nie zbudzić tej słodkiej, śpiącej królewny, kruszyny która mu się zawierzyła.
Było nader ciepło, co było zasługą zamkniętego okna, oraz kominka, który nocą rozgrzał pomieszczenie, tak jak ona jego serce, które wcześniej było bryłą lodu. Rozejrzał się po pokoju. Drewniana podłoga, z solidnych desek, okryta dywanem z białego futra. Pamiętał miękkość i ciepło tego futra. Rzeczony już kominek, w którym nie tlił się nawet ślad ognia, a były w nim jedynie prochy po drewnie. Okno, czyste, z dobrej jakości szkła, izolowane. Stół, obecnie pusty, o chudych nogach, komody na których leżały jego i jej blachy oraz broń. Narzędzie w ręku narzędzia Zartata.
Wrócił wzrokiem na nią. Pytał siebie samego wczoraj, czy ją kocha. Teraz, patrząc na to piękno, niewinność, znał odpowiedź. Krótką i zwięzłą - tak.
Długa i ciepła kołdra okrywała ją tak, że kończyła się kilka centymetrów za łokciami, dając mu obraz jej ramion, obojczyków i szyi.
Jego nadzieje, co do tego, że rycerka się nie obudzi, gdy oprze się łokciem o łóżko, nie sprawdziły się. Jęknęła cichutko, dłoń, spoczywającą na jego klatce piersiowej przesunęła w bok, na lewo, ku żebrom. Rozwarła powieki. Podniosła się i bez słowa, wbiła swoje usta w jego. Nie opierał się, przyjął tą dawkę uczuć. Pocałunek przedłużał się i wydłużał, gdy nagle, ona znalazła się na nim. Kołdra już nie zakrywała tak zachłannie jej ciała.
Była szczupła. Miała delikatne rysy brzucha, ładne wcięcie w talii. Jej piersi były wielkości brzoskwiń, wieńczyły je małe sutki o dużych aureolach. Przycisnęła je do jego twarzy, przy czym poruszyła skrytą pod kołdrą pupą. Sekundę po tym jęknęła głośno. Dosyć duszenia ukochanego, w miejsce swych piersi dała szyję, którą on zaczął zasypywać delikatnymi pocałunkami, ona zaś oparła się łokciami o poduszkę, delikatnie, cicho pojękując. Przy tym przypadkiem pociągnęła go owymi łokciami za włosy, lecz on nie zważał na to.
Szyja została zamieniona przez Rey na usta. ÂŁapczywie całował swojego osobistego rycerza, penetrując jego usta językiem. Pocałunki czasami przerywała, na rzecz jęków. Coraz śmielszych i głośniejszych. Był jej, tylko na wyłączność.
Kiellon obudził się około godziny czwartej nad ranem. ÂŚwitu jako takiego jeszcze nie było. Nie nadszedł, takie było prawo hemis, gdy noc jest dniem. Gdy rycerze są najbardziej potrzebni. Pewnie teraz, gdzieś jakiś rzezimieszek podżynał chłopowi gardło. Głodny mięsa i krwi kreshar rozszarpywał bezbronne dziecko. Wampir wbijał kły w szyję dziewicy, po czym zostawiał, jak suchą, wyciśniętą gąbkę. Nie mógł nic na to poradzić. Jednak nie to go obudziło. Zbudziło go coś bardziej przyziemnego. Miłość dwóch osób. Dokładniej rzecz ujmując głośne jęki, stęki, ohy, ahy, o jejku jej i inne takie. Dobiegały zza ściany, pokoju Dravena i Rey. Nie było mowy, by usnął.
Mohamed spał z kolei bez komplikacji. Spokojnie, dobrze, może zdziebka nie wygodnie. ÂŚnił o kobiecie imieniem Tamara, którą kiedyś uratował. We śnie ją uratował. Następnie odjechał, by jej nie narażać. Obudził się około godziny piątej. Karczma była pusta. Jednak nie na długo. Rycerze Mardukr i Rey schodzili po schodach. Opancerzeni. Szczęśliwi. Było to widać po ich twarzy. Za szynkwas wszedł gospodarz.
- Dziń dybry.- przywitał się.
-Dobry. - odrzekł Draven.-Przygotujcie jakieś zapasy na cztery osoby. - rozkazał. Karczmarz poszedł. Trójka czekała na czwartego. Kiellona.
//godzina 5. ÂŚwit.
Mohamed Khaled:
Tamara... Obiecał sobie, że kiedyś ją odnajdzie i uratuje. Ale musiał przyznać, że zawiódł ją. Nie miał czasu by jej szukać. Nawet teraz, gdy wojna przestała już być realnym zagrożeniem. Przeżył Zuesh - z A'abielem niestety, ale sam się na taki los spisał - przeżył Valfden. Pomógł w Atusel, przy obronie Ibnnina. A potem... Zamiast jechać, zbierać informacje, szukać jakichśkolwiek śladów na jej temat... On po prostu porzucił tą sprawę. Zajął się swoimi ziemiami. Swoimi poddanymi. Znów czynnie uczestniczył w Kruczym ÂŻyciu. I starał się kontrolować demona.
Wiele stoczył z nim bojów w myślach. Kłócił się, żarł, raz prawie zginął z bólu, jaki Otchłańczyk mu zafundował. Ale czuł, że powoli się dogadują. Oboje wiedzieli, że zaistniała sytuacja może być dla nich korzystna. On żyłby w jego ciele bezpiecznie. A czarnoskóry mógłby do woli korzystać z jego cudownie przerażającej mocy.
- Fajnie się... spało? - zaśmiał się na widok Rey i Marduke'a
Marduk Draven:
Mohamed wydawał się Rey odrobinę zamyślony. Nie mogła być tego pewna. Nie wiedziała o czym myśli, jeśli tak jest. Miała jedynie swe przeczucie. Kobiece przeczucia bywają trafne. Jednak nie myślała nad tą sprawą. Jakoś nie miała ochoty. Była obecnie szczęśliwa. Czuła jeszcze ostatki podniecenia oraz przyjemności.
- Sen jest dla słabych! A Tobie? - skomentowała z dwuznacznym, zdziebka niecnym uśmieszkiem na swej ślicznej, młodej twarzy. Bardzo młodej. Była o 2 lata młodsza od kochanka, a on miał zim 22. Wstrząsnęła włosami, płową burzą, nawałnicą, jakby lwią grzywą. Usiadła przy stoliku przy którym siedział mauren.
Rycerz myślał cały czas o kobiecie. Czuł resztki po dotyku jej włosów, delikatnej i bladej skóry. Piersi, słodkich niczym najdorodniejsze owoce. W ustach dalej miał posmak jej delikatnych ust. Był jak piętno miłości, oznakowanie.
Także usiadł. Jego włosy, czarne jak noc, spływały po jego ramionach okrytych opończą, po pancerzu, plecach. Nawet mauren musiał przyznać ,że włosy Dravena są świetnie zadbane. Rycerz odgarnął pojedynczy kosmyk który przeciął linie jego oczu.
-Kiellon raczej się nie wyspał. - powiedział z wrednym uśmieszkiem.-Wiemy czyja to wina. - dodał śmiejąc się, oraz patrząc na Rey. Wyciągnął skręta i odpalił go. Zaciągnął się i puścił dym o mocno miodowym zapachu. -Chcesz? - spytał Khaleda.
-Poczekamy na niego, oraz na zapasy i ruszamy.
Z kolei karczmarz i dziewki służebne uwijali się z pakowaniem zapasów do juk koni. Nieśli skórzane worki na ciecze, kręgi sera, pętka kiełbasy, szynki w siatkach. Byli na prawdę wdzięczni wybawcom.
Dziewki były dwie. Wysoka brunetka, o długich lokach, ubrana w suknie bez ramion, trzymaną na gorsecie, w kolorze szmaragdu. Suknia kończyła się przy kostkach. Jej stopy przyodziane były w kozaczki na niskim obcasie, barwy kasztanowej.
Była też niska szatynka, o włosach nader krótkich, bo ledwo za ramiona. Koleżance sięgała do brody. Jej strój składał się na bluzeczkę na ramiączkach w kolorze szafiru, spódnice za kolana, błękitną i czarne kozaki na małym obcasie.
Mohamed Khaled:
- Mhm... Przyzwoicie. Dzięki, że pytasz - zaśmiał się.
Przetarł zmęczone oczy, po czym poprawiając spięty na głowie kuc, wziął od Marduke'a skręta. Odpalił go i zaciągnął się mocno w płuca. Kochał ten stan. Bo kiedy miał, te pięć gram dla siebie, to wtedy ćpał ile mógł! Haha!
- Powiem Ci, że to krzesło było nie najgorsze. No i miałem dobry widok na drzwi. W razie, gdyby... przybyli tamci. To cóż, już by nie odeszli.
Znów zaciągnął się cygarem.
- To... Kiedy ślub? Mam nadzieje, że zostanę ojcem chrzestnym pierwszego dziecka. No i Twoim świadkiem, Mard - zaśmiał się. - Nie żartowałem, haha.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej