Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Kryzys w Bogdańcu
Nawaar:
Krasnolud przebudził się w nocy nie dość, że spało mu się nie wygodnie, bo coś go gniotło w kark to jeszcze dźwięki rozkoszy z pokoju obok sprawiły, iż nie zaśnie dzisiejszego poranka cóż wzruszył ramionami sprawdzając najpierw co go tak gniotło wsadził rękę pod poduszkę wymacał coś miękkiego a do tego brzęczącego! Skoro nie mógł spać to sobie chociaż policzy, ale jaki idiota zostawia grzywny pod poduszką w karczmie gdzie pokoje są do wynajęcia? Kiellona to zdziwiło, lecz nie zamierzał się z nikim kłócić ani oddawać go karczmarzowi więc dołączył forsę do swoich własnych. Następnie opuścił lokum zbierając wszystko z podłogi jeszcze mokrej od jego kąpieli w bractwie w swojej celi wyśpi się lepiej. Brodacz niemrawo zszedł po schodach przecierając oczka i ziewając soczyście. Ranek wydawał się ciemny ponury, jakby jeszcze była noc lecz niestety tak zaczął się dzień. Rycerz zszedł do głównej sali przyglądając się zebranym, którzy gaworzyli w najlepsze akurat fragment o ślubie oraz ojcu chrzestnym usłyszał. Dlatego dołączył do rozmowy, bo mógł.
- Doberek - przywitał się z towarzyszami ziewając jeszcze raz - jeśli chodzi o śluby i byciem ojcem chrzestnym to członkowie bractwa mają pierwszeństwo. Zaśmiał się do tego na poprawę swojego humoru wiedzą, że Marduke sam weźmie kogo będzie chciał. - Gotowi do drogi? Przed nami jeszcze spory kawałek. Kiedy ruszamy? Zapytał przechodząc do konkretów.
Marduk Draven:
Historia mieszka była krótka i nieskomplikowana. Poprzedni lokator miał paranoję na punkcie bezpieczeństwa swych pieniędzy, chował je gdzie tylko popadnie. Pech i jego skleroza chciały, że zapomniał o tych spod poduszki. Było w nim 45 grzywien.
Kiellon ujrzał chodzące w tą i drugą stronę, to jest od zaplecza do stajni trójkę osób. Karczmarza oraz brunetkę oraz szatynkę, na prawdę urodziwa para kobiet. Pracownicy gospody nieśli różnorakie zapasy na podróż.
Rey rozmarzyła się na myśl o byciu rodziną, razem z Dravenem oraz potencjalnym dzieckiem. Najbardziej chciałaby zostawić za sobą bractwo i żyć z ukochanym gdzieś. Daleko. Gdzie byliby sami. Tylko on, ona i dzieciaki. Bez walki, misji, zbrój, bogów, Zartata. Jej raj. Wymarzony.
Rycerz nie odpowiadał na słowa o ślubie, dzieciach, chrzestnych i tym podobnych. Wątpił też, czy mógłby porzucić życie jako rycerz, sługa Zartata, obrońca? Szczerze w to wątpił. Będzie musiał pogodzić życie jako kochanek, z życiem rycerza.
- Panie rycerzu, gotowe. - oznajmił Karczmarz.
-Dobrze więc, dziękuje. Ruszamy. - zarządził.
- Szczęśliwej drogi! -pozdrowił gospodarz.
Podróż mijała im lekko, przyjemnie, szybko. Po wyjechaniu z Laemis przejechali bez problemu przez jeden z mostów na Amortedonie. Nocowali dwa razy. Pierwszy raz w gminie Numin. Drugi w gminie Blev. Następnego dnia zajechali do gminy Gear. Ziemie Dravena. Nagła zmiana klimatu. ÂŚnieg ustąpił na rzecz wiecznie zielonej dżungli. Było ciepło. Zaś różne stworzenia które zamieszkiwały tereny, obserwowały ich, potem czmychały.
W odległości kilkuset metrów od czwórki przyjaciół jechała nieokreślona grupa jeźdźców. Marduke który jechał na czele, ruchem ręki nakazał towarzyszom stanąć.
-Kiel, szykuj pistolety, ale dyskretnie. To mogą być bandyci z K'efir.
Jeźdźcy się zbliżali.
//Godzina 14, +11 stopni.
Nawaar:
Wszyscy byli gotowi do podróży zapasy również, tylko szkoda, że Marduke nie odpowiedział na temat ożenku oraz dzieci w tym problem, że dzieci nie bardzo lubiły krasnoluda więc raczej na wujka nie nadawałby się, ale cóż może dziecko zaakcentowałoby brodacza. Teraz to nie ważne Kiellon wyszedł z karczmy do swojego konia tam na niego wsiadł i go popędził smagając lejcami dając znak, iż przerwa właśnie się skończyła. Koń ruszył rankiem w stronę Bogdańca, do którego mięli jeszcze spory kawałek. Jednak wędrowcy bezustannie pędzili ku dalszej przygodzie w ten mroźny dzień rankiem również temperatura była minusowa, która dla zwykłego człowieka mogła być przykra, niemiła wręcz nieznośna dla rycerza z brodą było mu to obojętne. Towarzysze jechali dalej mając dwa przystanki w dwóch gminach, co nie powinno nikogo dziwić, lecz tym razem obyło się bez niepotrzebnych przygód i całe szczęście. Kolejne dni mijały na podróży bez przeszkód pokonywali kolejne kilometry z każdą chwilą zbliżając się do Rudar nagle zmienił się klimat śnieg ustąpił i wszystko stało się przyjemnie zielone wtedy brodacz się wyprostował zwalniając tempo jazdy, zaczynając wdychać ciepłe przyjemne powietrze tego było mu potrzeba kłęby pary zniknęły, przy każdym oddychaniu było po prostu miło. Jeźdźcy jechali nie przerwanie do przodu mijając dżungle, ale nagle zdało się zauważyć kilku innych podróżujących choć jedynie sylwetki nic szczególnego, ale skoro padł rozkaz do zatrzymania tak więc zrobił.
- Zostaw to mnie.
Powiedział do brata z bractwa i delikatnie wyciągnął dwa nabite pistolety i oparł je o grzywę swego rumaka w gęstym włosiu nie zdało się tego dostrzec zwłaszcza z takiej odległości od potencjalnych przeciwników.
Mohamed Khaled:
ÂŚciągnął kuszę z pleców i ukrył ją pod płaszczem. Zblizali się jacyś jeźdźcy. O niewiadomej rasie i niewiadomych celach. A co, jeśli to towarzysze tamtych, których zabili w karczmie? Musiał być przygotowany na walkę.
Nasunął mocniej chustę na twarz, a kaptur zarzucił na głowę. Znów przybrał obojętny wyraz twarzy i stał się człowiekiem bez uczuć. Gotowym zabijać każdego, kto stanie mu na drodze.
Marduk Draven:
Jeźdzcy zwiększali i zwiększali się w oczach grupy. Rosła także ich liczba. Początkowo czterech, pięciu, sześciu. W końcu, w odległości mniejszej niż 50 metrów, było ich już dziesięcioro. Nie patrzyło im się dobrze z gęby, acz nie byli też świetnie uzbrojeni. Nosili mundury gminy Gear, które nie były raczej pancerzem. Zbroje dla zwykłych strażników miejskich, się nie opłacały - Draven o tym wiedział.
Jeźdźcy zatrzymali się w odległości dziesięciu metrów od drużyny rycerzy i maurena. Ich dowódca, a przynajmniej na takiego wyglądał. Rycerz także zszedł z konia, szybko i energicznie. Pogłaskał klacz by ją uspokoić. Spotkał się z dowódcą w połowie drogi. Stanęli przed sobą. Mężczyzna był wysoki, szpakowaty i łysy, niczym kolano. Inni różnie, mieli warkocze, długie włosy, byli także łysi, grubi, chudzi, umięśnieni. Wśród nich było dwoje orków. Dopiero teraz Marduke ujrzał, że dowódca to wampir.
-Kim wyście? - zapytał. Spoglądał ze spokojem na wąpierza, oczekując odpowiedzi.
- Z rozkazu pana tych ziem, mamy aresztować Marduke'a Dravena i zawieźć go przed jego oblicze. - odrzekł.
-Jam jest rzeczony człowiek, w dodatku pan tych ziem. Co to za szopka?- powiedział i zapytał się rycerz. Patrzył gniewnie na człowieka.
- Eeee, bo... - próbował się tłumaczyć, lecz nie zdołał dokończyć.
Rycerz zebrał siłę w prawej ręce. Nie potrzebował mocnego zamachu. W ogóle nie potrzebował zamachu. Jego pięść wystrzeliła niczym z procy i uderzyła o podbródek wampira. Cios był na tyle mocny, iż wąpierz poleciał kilka centymetrów w górę, po czym zarył ciałem o glebę. Splunął krwią.
- To on! Brać go żywcem! Reszte ubić!
-Wampira oszczędzić, reszte zarżnąć.- rozkazał rycerz, dobywając młota.
Bandyci ruszyli, zrywając się ze swych koni.
7x http://marantwiki.tawerna-gothic.pl/index.php/Bandyta
2x http://marantwiki.tawerna-gothic.pl/index.php/Ork_Bandyta( mają nabite kusze, ale idą z toporami.
1x http://marantwiki.tawerna-gothic.pl/index.php/Bandyta_wampir(zostawcie go mnie)
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej