Draven zbudził się. Powoli, delikatnie, spokojnie rozwarł powieki, jeszcze łaknące snu. Pierwszym, co go przywitało, był widok jej delikatnych, ciepłych rysów. Długich rzęs, czarnych jak noc w hemis, nieskażonego ni rysą, ni zmarszczką czoła. ÂŚredniej wielkości, wąskich, różowiótkich niczym rumience ust. Długich, rozczochranych po nocy oraz płowych niczym lwia sierść włosów, pachnących, delikatnych.
Delikatnie podparł się na łokciu, tak by nie zbudzić tej słodkiej, śpiącej królewny, kruszyny która mu się zawierzyła.
Było nader ciepło, co było zasługą zamkniętego okna, oraz kominka, który nocą rozgrzał pomieszczenie, tak jak ona jego serce, które wcześniej było bryłą lodu. Rozejrzał się po pokoju. Drewniana podłoga, z solidnych desek, okryta dywanem z białego futra. Pamiętał miękkość i ciepło tego futra. Rzeczony już kominek, w którym nie tlił się nawet ślad ognia, a były w nim jedynie prochy po drewnie. Okno, czyste, z dobrej jakości szkła, izolowane. Stół, obecnie pusty, o chudych nogach, komody na których leżały jego i jej blachy oraz broń. Narzędzie w ręku narzędzia Zartata.
Wrócił wzrokiem na nią. Pytał siebie samego wczoraj, czy ją kocha. Teraz, patrząc na to piękno, niewinność, znał odpowiedź. Krótką i zwięzłą - tak.
Długa i ciepła kołdra okrywała ją tak, że kończyła się kilka centymetrów za łokciami, dając mu obraz jej ramion, obojczyków i szyi.
Jego nadzieje, co do tego, że rycerka się nie obudzi, gdy oprze się łokciem o łóżko, nie sprawdziły się. Jęknęła cichutko, dłoń, spoczywającą na jego klatce piersiowej przesunęła w bok, na lewo, ku żebrom. Rozwarła powieki. Podniosła się i bez słowa, wbiła swoje usta w jego. Nie opierał się, przyjął tą dawkę uczuć. Pocałunek przedłużał się i wydłużał, gdy nagle, ona znalazła się na nim. Kołdra już nie zakrywała tak zachłannie jej ciała.
Była szczupła. Miała delikatne rysy brzucha, ładne wcięcie w talii. Jej piersi były wielkości brzoskwiń, wieńczyły je małe sutki o dużych aureolach. Przycisnęła je do jego twarzy, przy czym poruszyła skrytą pod kołdrą pupą. Sekundę po tym jęknęła głośno. Dosyć duszenia ukochanego, w miejsce swych piersi dała szyję, którą on zaczął zasypywać delikatnymi pocałunkami, ona zaś oparła się łokciami o poduszkę, delikatnie, cicho pojękując. Przy tym przypadkiem pociągnęła go owymi łokciami za włosy, lecz on nie zważał na to.
Szyja została zamieniona przez Rey na usta. ÂŁapczywie całował swojego osobistego rycerza, penetrując jego usta językiem. Pocałunki czasami przerywała, na rzecz jęków. Coraz śmielszych i głośniejszych. Był jej, tylko na wyłączność.
Kiellon obudził się około godziny czwartej nad ranem. ÂŚwitu jako takiego jeszcze nie było. Nie nadszedł, takie było prawo hemis, gdy noc jest dniem. Gdy rycerze są najbardziej potrzebni. Pewnie teraz, gdzieś jakiś rzezimieszek podżynał chłopowi gardło. Głodny mięsa i krwi kreshar rozszarpywał bezbronne dziecko. Wampir wbijał kły w szyję dziewicy, po czym zostawiał, jak suchą, wyciśniętą gąbkę. Nie mógł nic na to poradzić. Jednak nie to go obudziło. Zbudziło go coś bardziej przyziemnego. Miłość dwóch osób. Dokładniej rzecz ujmując głośne jęki, stęki, ohy, ahy, o jejku jej i inne takie. Dobiegały zza ściany, pokoju Dravena i Rey. Nie było mowy, by usnął.
Mohamed spał z kolei bez komplikacji. Spokojnie, dobrze, może zdziebka nie wygodnie. ÂŚnił o kobiecie imieniem Tamara, którą kiedyś uratował. We śnie ją uratował. Następnie odjechał, by jej nie narażać. Obudził się około godziny piątej. Karczma była pusta. Jednak nie na długo. Rycerze Mardukr i Rey schodzili po schodach. Opancerzeni. Szczęśliwi. Było to widać po ich twarzy. Za szynkwas wszedł gospodarz.
- Dziń dybry.- przywitał się.
-Dobry. - odrzekł Draven.-Przygotujcie jakieś zapasy na cztery osoby. - rozkazał. Karczmarz poszedł. Trójka czekała na czwartego. Kiellona.
//godzina 5. ÂŚwit.