Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Kryzys w Bogdańcu
Marduk Draven:
Rycerz przyjął flaszkę, napił się alkoholu i oddał butelkę właścicielowi. Poczuł w przełyku chłód alkoholu, a w ustach jego mocny smak w ustach. Chwilę po krasnoludzkim koniu, ruszyły też wierzchowce ludzi - Marduka i Rey. Trzej jeźdźcy szybko się zrównali ze sobą, pędząc niczym wiatr. Czuli na twarzach powiew wiatru, mocny, chłodny, w pewien sposób orzeźwiający.
Jechali tak długi czas, około dwóch i pół godziny, gdy z małego wzgórza ujrzeli w oddali małe miasto. Fartem mieli do niego podrodze.
- Trochę nam zajmie dotarcie tam. - spostrzegła Rey.
Konie ruszyły ze wzgórza. W bliższej oddali widać było na trakcie jakiś wóz. Stał w miejscu. Tylko tyle mogli ujrzeć.
//Jest godzina 17.30, temperatura wynosi -5 stopni.
Mohamed Khaled:
W oddali pojawił się jeździec, skryty pod kapturem, zgłębiony w mroku i otchłani. Był nieobecny myślami, ciałem ani duchem. Twarz miał szczelnie okrytą czarną chustą. Jedyny fragment ciała, jaki było widać na głowie, to niewielka szpara pomiędzy nakryciem głowy, a płachtą. To właśnie stamtąd na świat patrzyły oczy. Zimne, bezlitosne. Nawet najbardziej utalentowani, nie znaleźli by w nich uczuć. Były po prostu... obojętne. I tylko czasami - ale to czasami! - dało się przejrzeć blask dawnego człowieka, jakim był. Radosny, bez ograniczeń, czy czegokolwiek. To był cień dawnego życia, które utracił, gdy po raz pierwszy zabił osobę na zlecenie. Taki już był żywot Kruka. Ale szczerze? Nigdy tego nie żałował. Sam wybrał dla siebie taki los. I cieszył się, że pozostał mimo, iż miał okazję uciec. Dzięki temu udało mu się kontrolować wszystkie emocje i okazywać je jedynie osobom, które na to zasługują. Przyjaciele. Miał ich nie wielu, ale był pewien, że każdy by mu pomógł... Więzi wojny spajają człowieka raz, a dobrze... Marduke, Kiellon, Szeklan, Rikka... Wszyscy, którzy brali udział w wojnie. Wszystkich ich uważał za kompanów. Takich, których nie odgoni wizja śmierci. Takich, którzy dzielnie będą stać u Twego boku aż do samego końca.
Tak do końca nie wiadomo nawet, skąd on się tam pojawił akurat w tamtej chwili. Zjawił się tak po prostu. Znikąd. Wyłonił się z mroku na karej klaczy, którą wcześniej podkradł z jednej wsi. Powiewał za nim płaszcz, na plecach spokojnie spoczywała katana. Zaraz obok niej kusza. Na ręce, ukryte w specjalnym karwaszu znajdowało się ostrze. Niewielkie, gotowe jednak zadać ostateczny cios.
Zatrzymał się.
Z tej odległości zdążył już zobaczyć, że ktoś się zbliża.
Nawaar:
Jechali sobie dalej ku wozu oraz małemu miastu. Temperatura minusowa zwiększyła się, ale to nie miało dla niego takiego znaczenia czuł się wyjątkowo dobrze choć zaczął panować powoli mrok i tylko śnieg, który leżał na drodze sprawił, że się nie zgubili. Kiellon wyprostował się nieco jadąc już wolniej, żeby zrównać się ze wszystkimi. Wtedy też w oddali było widać czarną plamę poruszającą się na wierzchowcu. Jeździec jechał w ich kierunku a ta tajemniczość sprawiał, że krasnolud poszedł o rozsądek do głowy i wyjął jeden z pistoletów zwący się miłosierdziem, bo jeżeli zaatakuje to spotka go miłosierdzie szybkiej śmierci.
- Bądźmy ostrożni w tych czasach różne łajzy się szlajają.
Ostrzegł towarzyszy będąc gotowym na wszystko.
Marduk Draven:
Czarna plama pośród białego i śnieżnego krajobrazu. Plama która pędziła ku nim. Trzech rycerzy zatrzymało się. Marduke dobył młota, albowiem był gotów do walki, jeżeli Kiellon by nie trafił. Podobnie uczyniła Rey. Miała burzliwe myśli, częściowo myślała o chwili obecnej, częściowo o kruczowłosym rycerzu Marduku. Nie mogła przestać o nim myśleć. To co flst rycerza było niczym ważnym (czego nie wiedziała), dla niej było niemal wszystkim. Przez niego zapominała iż jest rycerką, czuła się kobietą. No i miał piękne włosy. Otrząsnęła się. Pewnie chwyciła buzdygan.
Marduke wysunął się na czoło drużyny. Jeździec był już stosunkowo niedaleko.
-Na Zartata! Stój! Podaj swe miano jeźdźcu. Jak się zwiesz? - zawołał donośnie.
Mohamed Khaled:
Jeździec zatrzymał konia z dziesięć metrów przed nimi. Spod kaptura bacznie obserwowały ich ciemne oczy.
- Nie wiedziałem, że w tym kraju wyciąga się broń na osoby, z którymi walczyło się ramie w ramię na wojnie. ÂŻe wyciąga się broń na człowieka, który uratował Twoją zakutą dupę na Zuesh. Na przyjaciela. Czyż nie, Marduke?
Zamaskowany człowiek zaśmiał się, ściągając z głowy kaptur i zsuwając chustę na szyję.
Jego czarne włosy ścięte po bokach, góra jednak była spięta w niewielki kucyk na tylniej części głowy.
- Nie poznajesz mnie? - zaśmiał się raz jeszcze, ukazując białe zęby.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej