Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Gruzy Mrocznego

<< < (10/20) > >>

Elrond Ñoldor:
Pisk piskiem, ale to nie były jakieś potężne wampiry. Nie miały mocy swoich prawdziwych wielkich Wampirów, Chociażby Cadacusa, czy Dragosaniego. Na Arcymagu ich krzyk nie zrobił żadnego wrażenia. Elrond po prostu zniknął w chmurze teleportacji, by pojawić się kilka metrów od miejsca z którego wybiegła trójka krwiopijców.

Rodred:
Zaskoczyło mnie to, że Elrond się wyteleportował. Mimo to skupiłem się na celach. Pierwszego wampira zatrzymałem w powietrzu telekinezą trzymając go tam. Drugiego, przewidując gdzie spadnie, uderzałem już tam buławą. Nadludzka prędkość nic mu w tym wypadku nie pomogła. Zasłonił się rękami przez co buława uderzyła w jego ręce łamiąc obie. Wampir zawył z bólu. Nawet nie mógł się zregenerować. Piskiem wystraszony koń ruszył z kopyta prosto przed siebie. Zachwiałem się ale ustałem czego nie można powiedzieć o zranionym wampirze. Ten spadł z wozu prosto na ziemię. Tego, którego trzymałem w powietrzu przerzuciłem na przód spadł na brzuch. Najpierw poturbował go koń a potem tylko dało się słyszeć dźwięk łamanych kości gdy koła wozu po nim przejechały. Chcąc się upewnić, że się nie zregeneruje schowałem broń i gdy tylko wypad z tyłu spod kół...
- Izani!  Pokierowałem pociskiem prosto w głowę wampira. Jako, że nie potrafiłem zapanować nad koniem, mogłem tylko patrzyć jak Elrond zostaje z trzema wampirami.

Kilka metrów od ciebie spadł pierwszy strącony wampir. Od boku już atakował ten który nas obchodził. Ten ze złamanymi rękami jest najdalej i próbuje się niezdarnie zebrać z ziemi.

Elrond Ñoldor:
Zaatakował tego krwiopijce, który próbował uderzyć z boku. Sztylet świsnął w powietrzu dzięki mortokinetycznym zdolnością barona. Lewitująca srebrna broń wbiła się po sam jelec w czaszkę bezwładnego już Wampira. Energia magiczna wciąż krążyła w jego ciele. Toteż wykorzystał ją na tworzenie zaklęć.
- Izipash! - wypowiedział spokojnie wysyłając impuls w ciemne niebo i skupiając się na wampirze najbliżej niego samego. Czarne niebo przeszła mała błyskawica, która trafiła bezbłędnie w przeciwnika, doprowadzając do jego całkowitego zapłonu.
- Izipash! - powiedział ponownie podobnie wysyłając energię w nieboskłon, a kolejna błyskawica trafiła w ostatniego z Wampirów z którymi musiał się uporać, paląc jego ciało.
Koniec końców podszedł do tego z wbitym sztyletem w czoło, odciął mu głowę mieczem by mieć pewność, że nie odżyje i wyciągnął swoją broń.
Rozglądną się za towarzyszem.

1x Wampir kłusownik

Rodred:
// Już wszystkie zginęły. :P

Dorożka właśnie znikała za zakrętem. Zdawała się już zwalniać, ale koń nadal był niespokojny.

Ja siedząc na wozie starałem się go jakoś uspokoić. Po dłuższej chwili stanął. Postanowiłem więc zaczekać na Elronda, żeby nie zostawiać dorożki bez opieki.

Elrond Ñoldor:
Elrond skoncentrował się pobierając sporą dawkę energii magicznej z bańki energii magicznej wypełniająca jego duszę i rozpłynął ową magię po swoim ciele. Wypowiadając słowa inkantacji wykonał piruet:
- Anisgrash upash rushan qihu! - jego ciało momentalnie zmieniło się w wiatr. Pod tą postacią poleciał drogą którą uciekł mu Rodred i jakby nigdy nic odczarował się na swoim miejscu w dorożce.
- Jak tam?

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej