Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Gruzy Mrocznego
Rodred:
Kontem oka dostrzegłem pocisk odpadający od mojego naramiennika. Dobrze, że Elrond wyłapał jego energię. W mieście udało mi się już usłyszeć co przytrafiło się Melkiorowi. Zastanawiałem się jak arcymag poradziłby sobie na jego miejscu...
- Trzeba załatwić to szybko zanim skrzywdzą cywilów. mruknąłem wymijając Elronda, którego kula na pewno chociaż spowolniła. Dobrze, że go znam. Inaczej bym się niepotrzebnie martwił.
Pierwszy bandyta z szerokim uśmiechem ruszył na mnie. Cóż w końcu mają przewagę prawda?... no przynajmniej liczebną... Machnął nonszalancko, na odlew swoim mieczem celując w głowę. Bez problemu uchyliłem się przed ostrzem słysząc jego świst w powietrzu.
- Izani! Powiedziałem wpompowując pocisk śmierci z przyłożenia w pachwinę bandyty. Od razu przedarł się do korpusu gnijąc na popiół wszystko co na potka. Już po chwili z pomiędzy resztek koszuli bandyty sypały się na podłogę resztki gnijących płuc i serca.
- Biorę strzelca. Powiedziałem na odchodnym do towarzysza.
W między czasie niemal się nie roześmiałem widząc jak herszt blednie na twarzy widząc, że człowiek z kulą w piersi nadal stoi. Już otwierał usta by wykrzyczeć jakieś komendy, jednak nie było mu to dane. Potężny uścisk ścisnął mu gardło i przyparł do ściany. Uniosłem go następnie wyżej, niemal pod sufit. Drugą ręką już sięgałem po nieskazitelnie czystą buławę niemal w stu procentach wykutą ze srebra. Nabrałem rozpędu i płynnie wskoczyłem na ladę już biorąc zamach. Unieruchomiony przeciwnik mógł tylko patrzeć jak srebrna głownia zmierza na spotkanie z jego czołem. Co ciekawe nadal próbował złapać oddech. To niesamowite jak czasami ludzie zachowują się w obliczu śmierci. Zręcznie uchyliłem się przed bryzgiem krwi i mózgu, chroniąc swoje szaty. Już i tak wystarczy, że są wyraźnie znoszone po mojej samotnej wyprawie. To co? Najpierw koń, potem szaty, a na końcu dwór. ÂŻe też byłem wstanie myśleć o takich rzeczach w trakcie zabijania. Zastanawiające jest to jak długo uda mi się wytrwać w zmianach które w sobie wypracowałem na wyprawie. Co prawda ciężko oddzielić się od zabijania bez skazy, ale i nie da się do niego wrócić bez konsekwencji. Jednak nie miałem dla tych ludzi współczucia. Nawet się nad tym nie zastanawiałem. A może powinienem?
Odwróciłem się w stronę sali gdy ciało opadło na ziemię. Nie mogłem przegapić widowiska które na pewno uczyni arcymag w akcji!
5x Bandyta
Elrond Ñoldor:
Nie dane Ci było go jednak spokojnie oglądać widowiska, gdyż dwójka z pozostałej piątki bandytów ruszyła dziarsko w twoją stroną. Atakowali jednocześnie z lewej i prawej, każdy swoimi sztyletami. Jeden z góry, drugi z dołu.
Tymczasem Elrond doszedł już do siebie po tym jak zdał sobie sprawę, że go przestrzelono. Ból był mu znajomy. Był wszakże witalitą. Zębów nie zaciskał, gdyż trzeba było czarować, a nie się szczerzyć. Pozostała trójka zbliżała się z wyciągniętą bronią. Skoncentrowawszy się zaczerpnął z pokładów energii magicznej pokaźną "garścią" i wykrzyczał słowa magicznej inkantacji:
- Izipash ipush! - nad jego dłonią zmaterializowała się iskrząca kula wyładowań elektrycznych, potocznie zwana piorunem kulistym. Z brzękiem wystrzeliła w kierunku najbliższego bandyty, tego po lewej i doprowadziła do natychmiastowego zapłonu na całym ciele bandyty. Gdy upadał na posadzkę był już martwy.
Kolejnego potraktował mortokinezą. Impuls energii magicznej wystrzelił w kierunku jego szyi, by złamać mu kark niczym suchy patyczek.
- Zapraszam do tańca... - powiedział wywijając młyńca, a następnie celując czubkiem miecza w kierunku trzeciego bandyty. Widać było przerażenie na jego brudnej twarzy. Pot lał mu się z czoła pomimo chłodu napierającego z wyważonych drzwi. Sztylety śmiesznie drżały w jego dłoniach. Całości dopełniała lekka jasna poświata wydobywająca się z rany postrzałowej barona. Witalita będąc cały czas w pełni skoncentrowany, zdążył pobrać kolejna dawkę energii magicznej i już rozpoczął proces regeneracji zaczynając od tamowania krwotoku i odnawiania uszkodzonej wątroby.
- Ale radziłbym Ci się poddać, odrzucić broń i klęknąć zakładając dłonie za głowę. Twój wybór...
3x Bantyda
Rodred:
Bandyta szybko zerknął za siebie pewnie szukając drzwi. Nic jednak nie znalazł. Zaczął się cofać, ale potknął się i wywrócił pod ścianę. Szybkim ruchem odrzucił broń. Jednak nie tylko on był przerażony. Cywile nie wiedzieli czy zostać czy uciekać. Patrzyli po swoich wybawcach nie wiedząc kogo się bardziej bać, czy pięknie ubranego barona ciskającego piorunami, czy mrocznie ubranego człowieka, który właśnie innemu rozwalił głowę.
Zadowolony, że zdążyłem zobaczyć piorun, szybko przeniosłem swoją uwagę na atakujących mnie bandytów. Nadal stałem na ladzie.
- Izani! Zawołałem posyłając pocisk prosto w głowę napastnika atakującego od dołu. Był martwy nim upadł na ziemię. Ten atakujący od góry już niemal w desperacji starał się mnie zranić celując w nogę. Usunąłem ją z drogi ostrza, a gdy tylko to uderzyło w ladę, stanąłem na nim. Następnie wykonałem piękny półobrót trafiając bandytę lewą stopą w głowę. To nim zachwiało, ale go nie zwaliło. Sam nie wiedzieć czemu postanowiłem go oszczędzić. Może skłoniło mnie do tego to że i Elrond jednego oszczędził? Nie wiem. Zeskoczyłem z lady tak, żebym, ja, mój bandyta i bandyta, który się poddał stanowili prostą. Szybkim telekinetycznym pchnięciem rzuciłem go pod ścianę zaraz obok tamtego bandyty. Rozbrojony i oszołomiony uniósł dłonie w obronny geście poddając się. Podszedłem do Elronda.
- Szkoda jedwabiu. Zauważyłem. - Co z nimi robimy?
Elrond Ñoldor:
- Zagnamy do roboty - odpowiedział rozglądając się po sali. Rzeczywiście, tubylcy byli nieźle wystraszeni. Ale nie aż tak bardzo by popuścić w kalesony. Ostatnia wojna na wyspie wystarczająco potargała ich emocje. Kilku już wstawało i zaczęło kierować się do wyjścia. W chłodną noc.
- Spokojnie. Nazywam się Elrond Ñoldor, baron Zarkos, Arcymag i były Kanclerz Koronny. Jestem Witalitą i potrafię leczyć rany. Jeśli są wśród was poszkodowani proszę podejść, najpierw uleczę tych najbardziej rannych. I jeśli ta banda zdążyła was ograbić, odbierzcie im swoje złoto. Tylko uczciwie! I nie podchodźcie do tego z pistoletami, wyczuwam od niego jakąś dziwną mroczną energię - powiedział chowając broń. Z hersztem blefował. Towarzystwo jak na komendę się rozluźniło. Zdrowsi zaczęli przeszukiwać ciała, kilku pobitych podeszło do maga, ale tych odesłał. Podbitych oczu nie leczył. Szkoda energii. Karczmarz z szramą na szyi rzęził gdzieś z tyłu pod ścianą, więc najpierw udał się do niego, ale jeszcze wydał polecenie koledze.
- Rodredzie mógłbyś w tym czasie pozbierać całą broń? Lepsze sztuki zatrzymamy sobie, gorsze oddamy...
Gdy klęknął przy karczmarzu ten poruszył się nieznacznie. Dotknął prawą dłonią jego gardła i wysłał impuls magiczny. Rana zajaśniała i skóra zaczęła się zrastać, gdy uszkodzone tkanki zaczęły przenosić się do czarodzieja. Czuł stróżkę krwi spływającą mu po klatce piersiowej. Po kilku chwilach właściciel oberży był zdrowy, a sam arcymag również się już leczył.
- Opowiadaj.
- A co tu opowiadać... - splunął na ziemię. - Dziękować za pomoc. Przyszedli skurwiele po grzywny, jadło i wino, może coś wyruchać. Dla nich pobawić się u mnie dobra sprawa. Dla mnie śmierć. Rzadko tera milicja odwiedza to sie pewno czują.
- Hm. A jakiejś nagrody za nich nie ma?[/color]
- A nieee wiem. Po wsiach pytaj. Może jaki list wisi... - karczmarz zdążył już wstać i zamierzał pomóc w porządkowaniu pobojowiska. Elrond wydał polecenia dwóm żywym bandytom, by ograbione ciała martwych towarzyszy wynieśli na podwórze, a sam podszedł do Herszta. Zabrał mu pistolety i sztylet. W kieszeniach miał dwadzieścia grzywien, a na palcach dwa srebrne pierścienie.
Rodred:
Kiwnąłem głową na znak zgody i już po chwili na ladzie leżało całe uzbrojenie bandytów. Nic pokaźnego. 6 sztyletów 2 miecze i 2 pistolety. Z reszty bandytów uzbierało się 60 grzywien, które nie należały do ograbionych ludzi, jeden naszyjnik z perłą i 2 pozłacane kolczyki. Słysząc rozmowę o nagrodzie mruknąłem: - Mam nadzieję, że nie płacą od jego głowy. Korzystając z zamieszania znalazłem pod ladą karafkę dobrego czerwonego wina. Sprawnie wziąłem dwa kufle, bo one tylko były pod ręką. I po upewnieniu się, że nie ma w nich np szczątków mózgu nalałem mi i Elrondowi trochę. Sam dużo nie pije no, ale można sobie czasem pozwolić.
- Można dostać jakieś pokoje na noc? Zwróciłem się do karczmarza.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej