Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Gruzy Mrocznego

<< < (4/20) > >>

Elrond Ñoldor:
- Rozumiem o co Ci chodzi. Ale nie wiem czy z otchłani są jakieś tyle wyjścia. Otchłań została stworzona przez Adanosa. To więzienie dla demonów. Wątpię by była jakaś tylna furtka, bo zaraz by została przez nich odnaleziona. A co do miecza. Miał on jedno główne zadanie. ÂŚciągnąć Isentora do Otchłani. Czy ty tworząc jakieś urządzenie, na przykład zmieniające kamień w złoto, skonstruował byś go tak by mógł zamienić z powrotem złoto w kamień? Raczej nie. I wątpię, by demony również tego chciały. Zostawić mu furtkę do ucieczki. Byłoby to naprawdę nierozważne z ich strony.

Rodred:
- No na pewno po prostu nie działa to w obie strony, ale jak demony mogą wytworzyć taki miecz, to my na bazie ich broni powinniśmy być w stanie zrobić coś podobnego tylko działającego w drugą stronę. Może na bazie miecza dało by się wyśledzić którędy zabrał on Isentora do otchłani... Ale i tak, żeby cokolwiek działać w tej sprawie trzeba najpierw zebrać mistrzów znowu razem. 

Elrond Ñoldor:
Nie licząc innych bezimiennych wędrowców, droga mijała im jak na razie bez żadnych przeszkód.
- Ale jaki to mam sens odwracać działanie? Nawet  jakbyśmy go mieli, to musielibyśmy go tym mieczem dźgnąć w Otchłani. Jedyną kroplą nadziei w tym morzu niewiadomych, było by gdyby ten miecz był przypisany do Isentora, a więź z nim poprzez niego nadal aktywna. Albo chociaż możliwa do aktywowania. Ale to jak Ci wcześniej wspominałem właśnie jest ta furtka. A jej na pewno nie ma.

Rodred:
- Eh. To nie koniecznie musiało by być w formie miecza. Może jakieś urządzenie, może z pomocą jednego z dych monolitów co mówiłeś dla większej energii, może z pomocą odrobiny jego krwi jak się znajdzie, czy coś. Zresztą na pewno nie zaszkodzi spróbować. Na pewno nie szkoda zasobów na chociaż próbę uratowania kogoś kto jako jedyny był wstanie trzymać pakt razem.  Tymczasem słońce już niemal zaszło. Las wypełnił się przyjemnym czerwonym światłem, ale od wschodu już wiały pierwsze zimne wiatry hemis zapowiadające nieprzyjemną noc. Nie wiem czy ktoś celowo tak rozstawił karczmy, ale właśnie dało się zauważyć przyjemną poświatę z okien jakiegoś budynku między drzewami. Drogowskaz wskazywał, że to karczma "U Harego". Ruchem głowy wskazałem ją towarzyszowi.

Elrond Ñoldor:
- Taa... Trzeba dać odpocząć koniowi i się posilić. Nie wzięliśmy nic na drogę. Nawet karafki wina - odpowiedział Rodredowi. Bucefał zarżał z radości.
O dziwo gdy podjechali żaden stajenny nie wyszedł na spotkanie, by za parę miedziaków wyprzęglić i zaprowadzić konia do stajni, chociaż widzieli dwie postacie stojące przy drzwiach karczmy. Sprawnie zrobili to sami i skierowali się do oberży.
- Stać! A czego tu? Znaczy ten... Więcej gości nie przyjmujemy! Pełno! - wykidajło robił wrażenie jakby to był jego pierwszy dzień w pracy. Rękę nie spuszczał z głowni miecza, wzrokiem wodził od Elronda do Rodreda jakby nie potrafił się skupić na jednej osobie chociaż przez chwilę. Elrond spojrzał na towarzysza i mrugnął porozumiewawczo. Wprawdzie sporo było koni w stajni, to kilka boksów było jeszcze wolnych. A i zwykłego karczmarskiego gwary próżno było słyszeć.
- W takim razie kupimy tylko prowiant i jedziemy dalej. Odsuń się - Elrond mówił spokojnym, ale stanowczym tonem.
- Nnie będę ddwa raazy powtarzał! - krzyknął głośno wyciągając do połowy miecz z pochwy. Towarzysz mieli dziwne wrażenie że mężczyzna zrobił to specjalnie, a w ich głowach zaczynała tlić się iskierka zrozumienia. Facet przed nimi stał na straży i nie miał wpuszczać nikogo lepiej wyposażonego od zwykłych kupców i rolników. W szczególności osobistości w jedwabnych szatach arcymaga i mithrilowej niepłytówce. A ten który zdążył schować się do środka gdy podjechali po prostu dał znać tym w środku że ktoś podjechał dorożką.
Gdy iskierka zrozumienia wybuchnęła płomieniem gniewu w duszy i umyśle arcymaga, energia magiczna pchnięta tym gniewem skoncentrowała i skumulowała się już poza ciałem czarodzieja i pomknęła w stronę niedoszłego wykidajły wbijając go w drzwi, które wyleciały z zawiasów by razem wpaść do środka. Elrond wyciągnął miecz i ruszył do środka.
Potężne dwa huki ogłuszyły wszystkich w środku. Jeden pocisk świsnął cal nad głową barona, drugi przebił się przez ciało chronione jedwabiem na wysokości wątroby, by odbić się od zbroi Rodreda stojącego tuż za arcymagiem.
Za szynkwasem stał bandyta z pistoletem, triumfalnie szczerząc się do towarzyszy i ponaglając ich do ataku. Gdzieniegdzie pod ścianami zauważyliście wystraszonych klientów. Jednego martwego.

1x Herszt bandytów
6x Bandyta

//Brak ujemnych modyfikatorów, odległość od najbliższego atakującego 4 metry, herszt stara się przeładować oba pistolety.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej