Po Mohamedzie, kuszę z pleców zdjął Marduke. Już za w czasu napiętą. Teraz jedynie przykucnął, dając pole do strzału komuś kto byłby za nim. Nałożył srebrny bełt na łożysko kuszę, przystawił kolbę i przycelował. W pustą przestrzeń. Chociaż chwila...
-Nadchodzą...- rzekł do towarzyszy.
-Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię.
Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza.
Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników, namaszczasz mi głowę olejkiem, mój kielich jest przeobfity.
Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy.- wyrecytował słowa pieśni, bardziej do siebie, ale pewnie inni także mogli to usłyszeć.
Uspokoił serce, uspokoił oddech. Oddał się Zartatowi. Cały, teraz to Zartat miał nim kierować, celować, strzelać. Gotów był.