Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

W tajnej służbie Jego Królewskiej Mości

<< < (24/139) > >>

Armin:
- Pytałam tak z czystej ciekawości. - zwróciła się do krasnoluda i posłała mu ciepły uśmiech. Nie chciała narażać życia mężczyzny, którego kochała. Wpatrywała się w błękitne niczym morze oczy ukochanego, a potem skupiła swój wzrok na Evening. Armin nie chciała również, by stało się coś przyjaciółce, ale pocieszała się myślą, że anielica umie świetnie walczyć, czarować i co najważniejsze latać. Ona miała większe szanse, by nie zostać ranną niż Silion. - Zimno? Eh... Jak ja nie lubię zimna i śniegu. - powiedziała cicho, jakby do siebie. - Miejmy nadzieję, że jest tam ciepło i przyjemnie. - dodała po chwili. Ciemnoskóra pochodziła z pustyni i nigdy nie przepadała za lodowatym powietrzem i tak ostrym klimatem. Kiedy usłyszała propozycję opowiedzenia tego, co się działo na "Zielonych równinach" zwróciła swój wzrok na wampira. - Jestem za. - maurenka wyraziła swoją aprobatę.

Silion aep Mor:
Krasnolud uśmiechnął się i uniósł kubek z winem do góry, łyknął z niego.
- Nie chce mi się wierzyć by było tam teraz ciepło, toż to krasnoludy by nie były wtedy krasnoludami ale... Nie ważne w sumie. - skomentował wypowiedź na temat temperatury.
- Tak! Dziadku Drago, opowiedz nam bajkę. - zaśmiał się - Cóż, wysłuchajmy opowieści a potem polecam się położyć, już zapewne póżna noc. - stwierdził.
- Przez noc napewno coś nam jeszcze wpadnie do głowy. Aha... Czy Gorn zostaje na nocnej warcie? - zapytał z zaciekawieniem.

Dragosani:
 I jakże wampir mógł odmówić takiej ładnej prośbie orka? Orkowie z reguły średnio starali się ładnie wysławiać, więc należało docenić starania Kenshina. No i tez nie mógł odmówić maurence, bo jakże to tak? Wyszedł by na gbura, którym przecież nie jest, nieważne co pewne elfki mówią.
- Już trochę minęło od tamtego czasu, zdążyło mi się umrzeć, ale coś tam pamiętam... - Zamyślił się, wracając do tamtych dni.
- Sama bitwa na Zielonych Równinach odbyła się kilka dni po innej, nieco mniej znanej. Ta miała miejsce pod Atusel. Wtedy jeszcze to była wiocha, kilka domów na krzyż i półtora karczmy. Nie to co dzisiaj, eh... Wtedy zaatakowali z morza. Głównie orkowie, w liczbie "dużo". Daliśmy im radę, ale to był dopiero początek. Prawdziwa jatka miała mieć miejsce właśnie na Równinach. Nie bez powodu jedna z głównych ulic Efehidon została nazwana na cześć poległych tam żołnierzy. - Wampir westchnął. - Było ciężko - kontynuował po chwili. - Sama bitwa trwałą długo, naprawdę nie potrafię powiedzieć ile. Za dużo się działo. Zaczęło się dość klasycznie. - Uśmiechnął się lekko, patrząc na Kenshina. - Od orków. Jednak to była tylko pierwsza fala. Potem doszły jaszczuroludzie i krasnoludy właśnie. W tym prawdziwa elita ich wojsk. Ich wszystkich były dziesiątki tysięcy. Morze wrogów, ciągnęli się bez końca. Ale nie mogliśmy się poddać. Klęska oznaczała jedno, śmierć naszą i niewolę dla naszych bliskich. Szczęśliwie pierwszą falę przetrwaliśmy, siły wroga wycofały się, aby przegrupować się. Zresztą nam też byłą potrzebna przerwa. Wtedy Isentor wysłał kilku magów na tyły wroga jako dywersantów. Nie wiem co tam robili, nie było mnie tam. - Usiadł nieco wygodniej na niewygodnej ławce i popił wina. - W każdym razie kolejna fala niosła pewne niespodzianki. Prócz znanych już orków i reszty ruszyły na nas targony. Top takie podziemne stwory o strasznie grubej skórze i krystalicznych wyrostkach na niej. Paskudne i mocne bestie. Do tego były także bagule. Mieszańce orka i turdnaszana. Ah, no i czerwony smok. Tego chyba nie muszę wyjaśniać. Do tego behemoty, ogry i inne guiralony. No i pamiętna Tarasca. Nie wiem co gorsze, to czy smok. Wtedy się dopiero zaczęło. Największym zagrożeniem, smokiem i Tarascą zajęli się magowie. Ja wraz z resztą wojowników nie dopuszczaliśmy do niech wrogich sił. Wybijaliśmy ich całymi godzinami. Oni nas zresztą też, wielu zginęło. Ale nie mieliśmy wyboru. Trzeba było walczyć. - Zamilkł na chwilę. - Na tyłach wroga przebywał wtedy sam Meaneb. Wtedy jeszcze nie był "ziemskim bogiem". Jeśli dobrze pamiętam to właśnie podczas tej bitwy został uwięziony przez Isentora. Na niewiele się to zdało, jak widać... - zakończył dość ponuro.

Evening Antarii:
Wino, kołysanie statku, ponure trzeszczenie desek pokładu, opowieści o wielkiej bitwie sprawiły, że Eve zrobiła się senna. Ona nie martwiła się bitwą wcale, choć nerwy innych były zrozumiałe. Przed bitwą na Zuesh denerwowała się bardzo. Teraz w ogóle. Nie bolał jej brzuch z nerwów, ani nie męczyły katastroficzne myśli i rozmyślania nad życiem pozagrobowym. Była od tego całkowicie wolna. Może dlatego straciła poczucie tej atmosfery przed walką, napięcia, skupienia, przygotowania. Być może przez swoją nieśmiertelność straciła to, co w istnieniu najważniejsze. ÂŻe mogąc żyć wiecznie, tak naprawdę nie żyje wcale. Strach stał się jej obcy tak jak i poczucie czasu. Ona nie marnowała żadnego dnia śpiąc do popołudnia. Takich dni miała przed sobą nieskończenie wiele. Myśli o kresie własnej egzystencji zastąpiła myśl o braku tej granicy. I czasem stawała się ona bardzo dręcząca.
Oczywiście było kilka istot mogących pozbawić ją duszy. Ale żadnej nigdy nie spotkała, więc zdawały się one prawie nie istnieć, a dopiero przy bliższym spotkaniu mogły stać się realne. Nabrać formy. I uzmysłowić anielicy, że nie do końca jest taka niezniszczalna.
Alkohol zawsze ją usypiał, dlatego i teraz siedziała, podpierając głowę na łokciu i łypiąc czujnie niebieskimi oczami po zebranych. Liczyła na to, że większość z nich oczywiście wróci do domu cała i zdrowa, tocząc uprzednio mozolną walkę o własny byt, o inny świat dla następnych pokoleń. Ale i mógł się znaleźć niejeden taki niezdara, pechowiec, co na przykład straci rękę. Na to wspomnienie uśmiechnęła się pod nosem, ale nikt przecież nie wiedział o co jej chodzi.
-Piękne- wymamrotała na koniec opowieści wampira, tak naprawdę niewiele z niej wychwytując.

Kenshin:
Ork zaskoczony nastawieniem Draga dopił sobie wina, by móc lepiej skupić się na opowieści. Kenshin już teraz wiedział, że nie należy oceniać książki po okładce. Druid w końcu skupił się na powiastce do tego stopnia, że aż zmarszczył czoło a jego brwi uniosły się częściowo z niedowierzania, a później z aprobatą i z szacunkiem podszedł do historii. Czarny ork skupił się do tego stopnia, by móc sobie to wszystko wyobrazić zamknął na chwilę swe powieki. Wtedy to właśnie obrazy opisywane przez wampira zaczęły się tworzyć w głowie słuchacza i nie były to najprzyjemniejsze wizje! Ork wyobraził sobie rannych ludzi rozszarpane ciała wszystko to okraszone dużą ilością krwi, flaków oraz stali. Kenshin w końcu wyrwał się z tego otworzył szerzej oczy, po czym napił się jeszcze wina. Liczył na to, że alkohol pomoże mu jakoś przezwyciężyć te koszmarne myśli, bo jakoś te sytuacje przypominały jego rodzinny dom. Stare czasy, ale wciąż żywe obrazy nękały go cały ten czas!
- Doprawdy przerażająca opowieść o zwycięstwie. Wcale się nie dziwię, że musiało być wam wtedy ciężko i doceniam wasze starania i to, że uratowaliście kraj i dzięki temu możemy patrzeć w jaśniejszą przyszłość.
Skończył swój wywód i popił jeszcze winka z beczułki.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej