I jakże wampir mógł odmówić takiej ładnej prośbie orka? Orkowie z reguły średnio starali się ładnie wysławiać, więc należało docenić starania Kenshina. No i tez nie mógł odmówić maurence, bo jakże to tak? Wyszedł by na gbura, którym przecież nie jest, nieważne co pewne elfki mówią.
- Już trochę minęło od tamtego czasu, zdążyło mi się umrzeć, ale coś tam pamiętam... - Zamyślił się, wracając do tamtych dni.
- Sama bitwa na Zielonych Równinach odbyła się kilka dni po innej, nieco mniej znanej. Ta miała miejsce pod Atusel. Wtedy jeszcze to była wiocha, kilka domów na krzyż i półtora karczmy. Nie to co dzisiaj, eh... Wtedy zaatakowali z morza. Głównie orkowie, w liczbie "dużo". Daliśmy im radę, ale to był dopiero początek. Prawdziwa jatka miała mieć miejsce właśnie na Równinach. Nie bez powodu jedna z głównych ulic Efehidon została nazwana na cześć poległych tam żołnierzy. - Wampir westchnął. - Było ciężko - kontynuował po chwili. - Sama bitwa trwałą długo, naprawdę nie potrafię powiedzieć ile. Za dużo się działo. Zaczęło się dość klasycznie. - Uśmiechnął się lekko, patrząc na Kenshina. - Od orków. Jednak to była tylko pierwsza fala. Potem doszły jaszczuroludzie i krasnoludy właśnie. W tym prawdziwa elita ich wojsk. Ich wszystkich były dziesiątki tysięcy. Morze wrogów, ciągnęli się bez końca. Ale nie mogliśmy się poddać. Klęska oznaczała jedno, śmierć naszą i niewolę dla naszych bliskich. Szczęśliwie pierwszą falę przetrwaliśmy, siły wroga wycofały się, aby przegrupować się. Zresztą nam też byłą potrzebna przerwa. Wtedy Isentor wysłał kilku magów na tyły wroga jako dywersantów. Nie wiem co tam robili, nie było mnie tam. - Usiadł nieco wygodniej na niewygodnej ławce i popił wina. - W każdym razie kolejna fala niosła pewne niespodzianki. Prócz znanych już orków i reszty ruszyły na nas targony. Top takie podziemne stwory o strasznie grubej skórze i krystalicznych wyrostkach na niej. Paskudne i mocne bestie. Do tego były także bagule. Mieszańce orka i turdnaszana. Ah, no i czerwony smok. Tego chyba nie muszę wyjaśniać. Do tego behemoty, ogry i inne guiralony. No i pamiętna Tarasca. Nie wiem co gorsze, to czy smok. Wtedy się dopiero zaczęło. Największym zagrożeniem, smokiem i Tarascą zajęli się magowie. Ja wraz z resztą wojowników nie dopuszczaliśmy do niech wrogich sił. Wybijaliśmy ich całymi godzinami. Oni nas zresztą też, wielu zginęło. Ale nie mieliśmy wyboru. Trzeba było walczyć. - Zamilkł na chwilę. - Na tyłach wroga przebywał wtedy sam Meaneb. Wtedy jeszcze nie był "ziemskim bogiem". Jeśli dobrze pamiętam to właśnie podczas tej bitwy został uwięziony przez Isentora. Na niewiele się to zdało, jak widać... - zakończył dość ponuro.