Tereny Valfden > Dział Wypraw
Brunetki, blondynki i inne... trucizny
Stisla:
- Wsiadej, wsiadej, ino gdzie mam swe dupsko usadzić, jak każdy wóz wypchany jak tłusta lebera? - zażartował "nowy krasnoludzki wykidajło samego Edwarda Garbatonosego".
Dopiero teraz Stisla z uznaniem spojrzał na dobra jakimi otaczał się ów kupiec, któremu miał służyć swym mieczem, a raczej toporem, jak to w jego przypadku było. Wozy, konie, całe te bogactwo zaczęły mu się podobać. Pewnie tylko dlatego, że stracił z oczu, a z myśli ulotniły się na chwile wspomnienia pięknych niewiast.
- Te, strażniku, jak cie zwą, kole ciebie mam usieść? - ponownie zapytał
Evening Antarii:
-Cho no, krasnoludzie, do mnie! Co się będziesz z nimi gniótł na jednym wozie. U mnie miejsca pełno- oznajmił Edward, gdy sam wsiadał do swej "karocy".
Wszystko było już gotowe, czekano tylko na znak Garbatonosego.
Stisla:
- Ja, ekhm.... Serio? - zdziwiony zapytał Garbatonosego, po czym spojrzał po sobie i nie znalazł nic co mogło by pasować do wnętrza "karocy" kupieckiej. Spojrzał drugi raz czy czasem nie ubrudzi czegokolwiek w środku.
Z grubsza założył, że nie, choć jego buty ze skóry kreshara nie były przykładnym wzorem czystości.
Przetarł nieco wstydliwie jeden but o spodnie, zginając nieco kolano. To samo uczynił z drugim butem.
Wreszcie nabrał tyle odwagi by wskoczyć na "Edwardzi powóz".
- Posuń ino się lekko Mości Kupcu, moje cztery litery nie są takie wąziutkie jak ylfa, he he - zarechotał radośnie i wczłapał się na wóz.
Evening Antarii:
-No! Jużci się posuwam, Stislo, mój drogi. Wiesz, chodziło mi o to jedynie, że dodatkowa para oczu może się przydać przy takim konwoju jak mój!- Edward doprawdy martwił się o swoje dobra, choć, pomimo wszystko, nie uważał się za materialistę. -Ruszajta!- dał znak. Szarpnęło wozem i wszystkie cztery pojazdy ruszyły w wyznaczonej kolejności na trakt. Najpierw tłukli się powoli przez zatłoczony rynek stolicy. Wreszcie udało się wyjechać na drogę prowadzą na północ. Przez wiele kilometrów ciągnęły się pola uprawne. ÂŻółta pszenica obok rzepaku, potem owies kołyszący się na wietrze. Za polami kończyły się wioski i zaczynały gęste lasy. Bywały one dość niebezpieczne, ale można było je minąć w dzień drogi. Potem była skalista wyżyna, następnie zaczynały się góry i doliny rzeczne.
Na razie Stisla i reszta wyjechali dopiero ze stolicy. Przed nimi jeszcze kawałek drogi - ale trzeba przyznać - w dość miłym towarzystwie.
- A czym ty się, zacny Stislo, zajmujesz?- spytał Garbatonosy.
Stisla:
- Dobrze, żeś Mości Druhu zapytał. Jestem, to znaczy chciałbym być płatnerzem, po ojczulu fach mam w łapskach, ino że ten, tego nigdy w rękach jakoś mi się nic nie trafiło i za wiele nie umim. No, dobra namówiłeś mnie, powiem całą prawdę, amator ze mnie w tym względzie, ale nie śmiechaj się, kurka nioska, za przeproszeniem, tfu, tfu.
Wybacz, jakoś mi tak ślina na język naszła - A krasnolud mówił i mówił, a że podróż była daleka to sobie "rozwiązał" język. Opowiadał o ojcu, jego umiejętnościach, o tym jakim był fachowcem w dziedzinie płatnerstwa i kowalstwa. O podpatrywaniu przy pracy ojca, to nawet dwa razy pod rząd powiedział, no ale wpadł w trans mówienia i kto by się ośmielił mu przerwać, skoro tak kwieciście opowiadał...
- I ja taki też będę. Oj, nie rzekłem tego z przekory, oj nie. Tak mi w kościach jakoś gra, że czuję to. Na Ellmora, czuję. Będę kimś. ÂŚmiejesz się druhu pewnie, ale ja ci rzekłem teraz i rzeknę kiedyś, będę wybornym rzemieślnikiem! - rześko kończył swoje dywagacje, na moment nie tracąc nawet zapału o tym co mówił.
Na koniec rzekł jednym tchem.
- A ostatnio to hulam z jedynymi takimi druhami tu i tam, by nieco kiesę podreperować. - mlasnął dwa razy, a że zorientował się, że kupiec go polubił, mówił dalej... - Gardziełko by sie czym dało radę przepłukać. Tak mi zasło jak kurka nioska, za przeproszeniem Mości Edwardziku. - po czym brwi podniósł prosząco...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej