Tereny Valfden > Dział Wypraw

Brunetki, blondynki i inne... trucizny

<< < (4/8) > >>

Evening Antarii:
-Och wybacz...!- wyciągnął butelczynę wina i dwa kielichy. Nalał krasnoludowi, potem sobie. -Od takiej gadki może zaschnąć, fakt! Ale jakże ciekawa jest twa historia. Mieć fach w ręku... Rzecz nieoceniona. Jam pływał po morzach południowych, ale kiedy to było... Ze dwadzieścia pięć lat temu! Stąd me bogactwa. A wiesz czemu? Bo piratem byłem. Ale też łeb na karku miałem, ha ha! Bo gdyby nie to, to bym pewnie leżał pijany gdzieś w karczmie. ÂŻal mi takich ludzi, doprawdy - napił się, wytarł rękawem brodę, po czym znów zaczął opowiadać. -Jako chłopiec piętnastoletni za marne grzywny służyłem na statku pirata .... Potem awansowałem, nauczyłem się przez te kilka lat jak wiązać węzły, żargon znałem na pamięć ha ha! A piłem z nimi!... jako chłoptaś już im dorównywałem, a może nawet prześcigałem. Uwierz lub nie, lecz dzięki temu zdobyłem sobie ich zaufanie. W pół roku później byłem prawą ręką kapitana! Szło nam dobrze, bnyliśmy postrachem na wodach. Podczas jednej z łupieżczych wypraw na północ od Valfden rozpętał się przeraźliwy sztorm. Fale sięgały wysokości wierzy świątyń Zartata, zimna woda przelewała się przez nasz statek - przez ten czas byliśmy zwykłą łupiną, którą może strącić byle powiew, byle burza...Taaak.... w takich chwilach człowiek uświadamia sobie jak mały jest w porównaniu do natury. Wreszcie nadeszła fala, tak ogromna, że wzrokiem nie dało jej się ogarnąć (a może to ja w chwili zagrożenia wszystko wyolbrzymiałem?) jakby chciała nas wszystkich pożreć. Najpierw powiew i małe krople, niczym mżawka, spadały na na nasz okręt. Potem już tylko szum i chaos, trzeszczenie i łamanie drewna, maszt zwalił nam się na głowy. Słyszałem jeszcze krzyki mojej załogi, a nawet ukochanej kobiety, lecz nic już nie widziałem, woda wdzierała mi się do oczu i płuc. Nie bałem się o skarby jakie zdobyliśmy... - podczas monologu Edward gestykulował i opowiadał z taką pasją, jakby wydarzyło się to wczoraj. Być może wróciły do niego wszystkie bolesne wspomnienia. -Lecz ani mój kapitan, ani ukochana nie przeżyli. Zmyła ich ta wielka, ciemna fala wraz z innymi osobami z załogi. Mniej niż połowa z nas przetrwała. Zaklęli, że więcej na morze nawet nie spojrzą! Durnie...  Pokierowałem tym, co zostało z naszej łodzi, do Atusel. Przetrwała spora część złupionych skarbów. Ale nie sprzedałem tego od razu. Potem wchodziłem w spółki kupieckie, pływałem na kontynent, sprzedawałem z zyskiem. Inwestowałem. A reszta mych towarzyszy? Pewnie gnije w zapyziałych karczmach w czasie gdy ja śpię na grzywnach...  Tylko gadającej papugi nigdy nie miałem- dodał jakby z żalem. Ale potem uśmiechnął się i dokończył swe wino. -No! Mi także zaschło. Takie męczące to gadanie.

Stisla:
Krasnolud podziękował za kielich wina skinieniem głowy i choć nie bardzo lubił ten trunek, to wyznawał zasadę, lepszy taki, niż żaden. Wysłuchiwał wspomnień kupca-pirata w spokoju, czasem robiąc zdziwioną minę, czasem lekko uśmiechając. Kielich wina szybko opróżnił. Stisla zaczekał jednak grzecznie, aż Garbatonosy skończył opowiadać tragiczne losy "łajby", po której pływał, po czym rzekł.
- Nie ma co się zamartwiać, tym co było, Mości Piraci - Z uśmiechem na twarzy trącił przy tym lekko w ramię współtowarzysza.
- Jedna rzecz mi tyko sie nie zgadza. Tyś mógł tyle wypić co gadasz, czy tyko na żarty ci się wzięło Dobrodzieju, hę? Nie stawaj lepiej ze mną w szranki, co to, to nie. - delikatnie zasugerował, że chciałby się z nim zmierzyć.

Evening Antarii:
-Na stare lata się oszczędzam- przyznał i posłał Stisli porozumiewawcze spojrzenie.
Podróż mijała dość szybko i ciekawie w takim towarzystwie. Widoki były monotonne. Jechali w cieniu starego lasu, drzewa szumiały spokojnie. Garbatonosy od czasu do czasu wyglądał przez okno i pomrukiwał sobie. Czas umilała im pogawędka o starych czasach, albo jak było dawniej. Edward wytłumaczył krasnoludowi jak robić takie interesy, by czerpać z nich jak największe korzyści. Potem kupiec zafrasował się nad jakimiś rachunkami - obliczał ilości towaru, ich cenę, dodawał utarg z pobytu w Efehidonie, przewidywał następne transakcje. Czasem mu się przysnęło i chrapał wtedy straszliwie głośno. Stistla też sobie drzemał, wtedy Garbatonosy znów się budził i liczył, a potem znowu rozmawiali o swoich historiach albo zasłyszanych ciekawych opowiastkach.
Krajobraz wokół nich zaczął się zmieniać. Kupiec wiercił się i był bardzo niespokojny. -Oho, zbliżamy się..- mruczał, nie wyjaśniając do końca o co chodzi. Mówił to do siebie. -Już niedaleko... Ciekawe, co tym razem? Hm!...- drapał się po podbródku. -Zbliżamy się do Skalistego Wąwozu- zwrócił się wreszcie do Stisli. - Ciekawe miejsce... Taak... Rzadko tędy przejeżdżam, ryzykujemy bowiem życiem! - powiedział jakby zafascynowany. Odstawił kielich, wyczekiwał na coś za oknem...
A w okół nich urosły brzegi starej rzeki, która wyżłobiła to przejście wiele lat temu. Było ono szerokie na dziesięć metrów,  a ciągnęło się kilometrami tworząc niby tunel na północ. Na górze zaś rozciągały się dzikie łąki poozdabiane niewysokimi krzewami. Teren był tam niezamieszkany i dość surowy. -Już niedaleko... Już za chwilę...- mamrotał Edward.

Stisla:
Stisla był już strasznie znużony podróżą, więc po słowach kupca nieco się ożywił.
- Czego tak wypatrujesz Panusie? Jaki burdel w okolicy, czy jak? - krasnolud zarechotał radośnie.
- A jak jaka bestyja, to nawet i dobrze, rozprostować by kości trza - tym razem o mało co nie przewrócił się ze śmiechu - He, aż mi łeza po poliku poleciała. ÂŁohoo, tyś Druhu coś jednak, kurka nioska, chyba nie za bardzo radosny, hę?
Ryżobrody nie miał tego w naturze, ale tym razem wyczuwał napływające zdenerwowanie i niemałe zagrożenie. Czuł się nieswojo. Co ciekawe, na dłuższy czas zapomniał o podróżujących z nimi w karawanie, niewiastach.
Wtem w myślach ujrzał je wszystkie, a już nade wszystko przypomniał sobie, że nie została mu przedstawiona żona Edwarda.
- Mości Kupcu, a gdzież to Twoja ślubna się podziewa? Tak zachwalał jej urodę, że o mało co nie zemdlołem. Toś ona tu byndzie, czy ja, że tak za okno ślypia wystawiasz?

Evening Antarii:
Podniecenie rosło wraz z zagłębianiem się w wąwóz. Edward był już zupełnie nie spokojny i w końcu rzekł -Sfinks! Musimy odgadnąć zagadkę, by przedostać się dalej. Wielu tu zginęło, istoty te bardzo dobrze bronią przejścia. Głupców od razu zabijają- i rzeczywiście nie musieli długo czekać, aby na górze pojawił się sfinks. Miał smukłe ciało, przypominał lwa, ale był o wiele dostojniejszy i na pewno - inteligentniejszy. Sfinksy, jak każdy wie, porozumiewały się z istotami rozumnymi. Karawana zatrzymała się. Garbatonosy wraz ze Stislą wyszli z powozu. W starej dolinie zabrzmiał głos
- Dzieci się mną bawią
Mędrcy wymyślają
Mogę być dalszą drogą
Ale też głupią zgubą

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej