Tereny Valfden > Dział Wypraw
Brunetki, blondynki i inne... trucizny
Stisla:
Nazwa wyprawy: Brunetki, blondynki i inne... trucizny
Prowadzący wyprawę: Evening Antarii
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: bycie Stislą
Uczestnicy wyprawy: Stisla
Stisla zrobiwszy uprzednio zakupy na rynku miejskim w stolicy Valfden, Efehidionie postanowił nieco pokrzątać się wśród kupców i ich straganów. Dawno go w mieście nie było, więc tym bardziej ochoczo nasłuchiwał i rozglądał dookoła. Liczył na to, że usłyszy gdzieś jakieś, jak to mawiał "sensacyje".
- Te straganiarzu, ile za te łachmany? A te koślawe owocunie, to chyba za darmo rozdajecie, ha? - zagadywał wszelakich sprzedawców...
Przechadzając się wśród tłumu gapiów i przekrzykujących się sprzedawców, spostrzegł w oddali między straganem dość żywy kolor czerwony.
Nie sposób nie zauważyć na rynku miejskim w Efehidionie coś czerwonego, a to pomidory, a to jabłuszka, ale tak duży obszar naraz nie zdarzało mu się wcześniej widzieć.
- Co to, kurka nioska, jest? - mówił do siebie i jednocześnie spoglądał na pokryty czerwoną płachtą namiot. Nigdy wcześniej nie widział tutaj tego typu "straganu". Z natury ciekawy krasnolud czym prędzej przepychał się by ujrzeć nieco więcej, a że z natury był raczej ciekawski, to strasznie mu się dłużyło to przepychanie
-Przepraszam... Odsuń się pokrako... Jak liziesz fajtłapo... Pani przodem... - zwracał się do każdego podeptanego przechodnia, raz miło, raz niegrzecznie, ale w końcu dotarł na tyle blisko namiotu, że jego oczom ukazał się w pełnej krasie.
Stoisko, jak stoisko, nic nadzwyczajnego, zresztą nie to przykuwało jego uwagę.
- Co za pannice! Na Ellmora, gdzie łone się uchowały! - spocił się z wrażenia
W namiocie przebywało kilka całkiem powabnych i urodziwych kobiet...
Evening Antarii:
Ależ to nie był zwykły, skromny, kupiecki namiot jakich wiele, który miał za zadanie dawać jedynie ochronę towarom przed słońcem albo deszczem. Nie był poszargany ani cerowany. Czubek ozdobiony jakąś złotą gwiazdą wystawał wyraźnie ponad inne skromne straganiki i namioty, które go otaczały, na których sprzedający umieszczali "reklamy" wśród łat i poszarganych płacht. Nie sprzedawano też w nim jajek czy drobiu, ani też ziemniaków albo innych tanich szpargałów.
Budowla była owszem, czerwona, ale też ozdobiona motywami roślinnymi przy spodzie, zawijanymi jakby ślimaczkami na samym szczycie; trójkątny dach cały był usłany złotymi gwiazdami (takimi samymi jak ta, która zdobiła jego czubek). I ktoś mógłby pomyśleć, że to jakaś przenośna świątynia nowego boga, sprawiedliwszego niż wszyscy poprzedni razem wzięci, a w środku ktoś opowiada o nim niestworzone lecz zachwycające historie.
Ciężka, droga tkanina była lekko rozsunięta. Stisla przez szparę mógł dojrzeć trzy piękne kobiety, prawie nagie. Odziane były bowiem w przezroczystą, zwiewną tkaninę nieukrywającą niczego. Chichotały one jedna przez drugą, rumieniły się, bawiły razem. Potem na chwilę znikały gdzieś w głębi by znów się pojawić i zachwycić swoimi zgrabnymi ciałkami krasnoluda. Wyglądało to bardzo rozkosznie!
W świetle zachodzącego słońca namiot wyglądał bardzo egzotycznie. Można powiedzieć, że zapraszał każdego lecz...
- Hej!- usłyszał Stisla. Trzy kobiety wydały z siebie odgłos zdziwienia i przerażenia; uciekły gdzieś wgłąb i schowały się. Ze środka wyszli zdecydowanym krokiem dwaj rośli mężczyźni. Silni, pozaznaczani czerwonymi znakami na twarzy, które miały dodać im groźniejszego wyglądu. Tak jakby ich mięśnie, połamane i zrośnięte wiele razy nosy, chłodny wzrok, nie były już same w sobie wystarczająco straszne.
Bez wyjaśnień dopadli do zdziwionego Stisli, wzięli go pod pachy i zanieśli wprost do czerwonego wnętrza. Nic sobie nie robiąc z tego, że krasnolud nawet nie wiedział o co chodzi...
Wnętrze było bogate. Kosztowności leżały na niskich stołach. Były tam porozkładanie pierścienie i drogocenne kamienie. Złoto leżało obok sztućców z tego samego metalu, dalej lustra w wymyślnych ramkach, skrzynie z solidnego ciemnego drewna, pachnidła i proszki w małych miseczkach. W środku unosił się zapach przypraw, ale też olejków raczej rzadko, nawet w stolicy, spotykanych.
Na podłodze leżały dywany, zapewne tak samo drogie jak i cała reszta. Były one pokryte całe pięknymi regularnymi wzorami. Można było od tego dostać oczopląsu!
Mężczyźni postawili Stislę, trzymając go za ramiona, by nigdzie nie uciekł i nie wiercił się zbytnio.
Stisla:
Stisla, prawdziwy koneser kobiecego piękna nie był w stanie skupić się na dostojności otaczających go przedmiotów. Co mu po widokach znakomitości tego świata. W tym momencie nie robiły na nim żadnego wrażenia, ani dywany, ani wazy, a nawet różnokolorowe świecidełka i bogato zdobione wykwintności sztuki rzeźbiarskiej. On miał przed oczami tylko i wyłącznie jedną rzecz. A właściwie trzy. Trzy piękne kobiety, choć już dawno zniknęły z jego oczu, to on je cały czas widział oczami wyobraźni.
Nie protestował gdy dwóch wykidajłów niemalże porwało go z rynkowego zgiełku. Wymamrotał tylko śladowe ilości zdziwienia.
- Co u licha?
Wreszcie postawiony przed obliczem tych wszystkich otaczających go znakomitości, po dłuższej chwili doszedł do siebie. Zrozumiał, że znalazł się w sobie nieznanym miejscu trzymany przez dwóch całkiem dużych i silnych osiłków.
Wiedział jednak, że podglądanie niewiast było czymś nagannym, ale w duszy był szczęśliwy, że to co ujrzał zostanie w jego pamięci. Mógłby się siłować z olbrzymami, ale postanowił zaczekać co się będzie działo, wszak widoki były iście ujmujące, a i liczył na to, że jeszcze raz ujrzy oblicze choćby jednej z dam, które wcześniej podglądał.
Evening Antarii:
Mężczyźni czekali na kogoś, albo na coś. Chwilę to trwało. W końcu jeden z nich zawołał niepewnym głosem - Panie...?
Zza kotary wyszedł wysoki, odziany w drogie jedwabne szaty mężczyzna. Był już siwy i doświadczony przez życie. Mimo tego stwarzał wrażenie bardzo dostojnego i bogatego. Siwe włosy, broda, krzaczaste brwi, szare oczy. Odznaczał się też garbatym nosem, ale jego wzrok był niezwykły... Gdy spojrzał na Stislę, krasnolud mógł doznać uczucia przebaczenia wszystkich win . Uderzył w niego spokój i zrozumienie. Tyle, ile akurat potrzebował.
-Co to za jegomość? - odezwał się, gdy ominął wszystkie niewysokie stoliki z najdroższymi towarami. Głos miał niski i przyjazny, aż z chęcią się go słuchało. -Coście się nad nim znęcacie? Krasnoludów się boicie!? - dodał, drwiąc ze swych sług. -Przecież w jego oczach od razu widać, że muchy by nie skrzywdził! - znów zabrzmiał przyjazny tembr jego głosu.
Stisla:
Stisla nie spodziewał się mężczyzny, co najwyżej starszej, brzydkiej kobiety.
- Cccco? Ja? Co, kto się boi? - zapytał rozkojarzony
- Jam jest tutejszy szary krasnolud, nic specjalnego. A tak sobie szedłem niedaleko i taki łądny namiot dojrzałem, a i doceniałem jego knuszt, tfu, kunszt wykonania i takie tam... a... to też... - dodał
- A tyś to kto Mości Panie? Coś za jeden? Czemuś mnie porwał jak ja sobie tak grzecznie ino stał? - zapytał nieco bardziej buńczucznie.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej