Tereny Valfden > Dział Wypraw

Nie ma takiego dobra, które powraca złem!

<< < (74/96) > >>

Funeris Venatio:
Pożoga. Piekielny żar rozlewał się wokół. Migoczące upiornym blaskiem iskierki pełgały niczym w piecu hutniczym, temperatura w pobliżu robiła się powoli nieznośna. Wszyscy stojący nieopodal czuli, że podejście bliżej zakończy ich i tak krótki żywot, upiecze niczym wieprzowinę nad rożnem, wytopi tłuszcz z ciała i usmaży skwarki. Poeta poczuł, jak komuś z boku palą się włosy na ciele, potworny smród rozszedł się wokół, ledwie tylko co przebijając się przez wszechogarniający dym i woń spalonych zwierzęcych ciał. Holocaust. Otchłań nigdy nie była dobry miejscem do życia, tym bardziej teraz, kiedy rozgorzała Wielka Wojna, pieczęcie zostały złamane i demony uciekły. Po tym, jak padł trzeci boski, wszyscy myśleli, że jest jakaś szansa, że jeszcze jest nadzieja. Serafin Funeris, ze swoimi wiernymi druhami, został jednak pojmany i czeka teraz na nieuchronną niekończącą się mękę. Jego niematerialne ciało nigdy nie ulegnie zniszczeniu, jego duch nie ulotni się w niebycie, jednak każda sekunda mileniów w tym więzieniu będzie paliła ogniem z dna piekła, przed którym ukorzył by się nawet sam Beliar. Anielica stojąca obok Poety posiadała jeszcze ludzkie ciało, które właśnie ustępowało, jak tylko ogień zaczął ogarniać wszystko wokół. Bordowa poświata ich wiecznej celi kuła w oczy, nie dając wytchnienia, wżerając się nawet pod zamknięte powieki. We wrzasku tysiąca krzyków Funeris przypomniał sobie zamierzchłe czasy, kiedy był jeszcze tylko zwykłym człowiekiem, na którego nawet nie spłynęła w pełni łasa Jego Pana. Zartat pamiętał o nich w tamtej jaskini, czuwał obok, błogosławił i wspierał. ÂŻar bijący od białego demona był jednak nieporównywalnie mniejszy niż to, czego mieli zaraz wszyscy doświadczyć.

*******
ÂŻar bijący od białego demona dawał się we znaki nawet tutaj, jakieś dziesięć metrów dalej. Poeta przełożył miecz do drugiej dłoni i błyskawicznie sięgnął po moc magiczną. Przetransportował całość do prawej dłoni i wypowiedział krótkie, acz dobitne Ashush. Jego srebrna tarcza brudna od demonicznej posoki na powrót zaświeciła bladym blaskiem. Krótki rozbłysk świadczył, że aura tarczy została nadana, teraz mogła chronić przed atakami z żywiołu ognia, dając cień szansy na przeżycie. Znów przełożył miecz do sprawniejszej ręki i postąpił krok do przodu, zasłaniając się srebrną blachą. Stopę położył już niecałe dwa metry za plecami demona, który ział ogniem w jego towarzyszy. Wiedział, że nie może zwlekać. Nie wiedział jednak, czy czyni mądrze. Liczył w głębi ducha, że Zartat spojrzy na niego przychylnym okiem i pozwoli przeżyć.
Rzemienie owinięte wokół ramienia przytrzymywały tarczę na miejscu do tego stopnia, że dłonią nie musiał trzymać ostatniego uchwytu. Wolne palce mogły swobodnie poruszać się i kumulować energię magiczną. Ta właśnie energia, nie kumulowana tym razem w żadnym zaklęciu, lecz zwykłej telekinezie, miała mu pomóc. Demon stał na dwóch nogach, ważył jakieś trzysta kilogramów, więc jedna kończyna dolna ważyła raczej mniej niż dziewięćdziesiąt, które potrafiłby przepchnąć atakiem telekinetycznym. Nawet doliczając to, że ten opierał część swojego ciężaru ciała na tej jednej konkretnej nodze, Poeta powinien zrobić to, co zamierzał.
Pchnął więc ścianą zestalonego powietrza, niczym niewidzialnym taranem, prosto pod kolano białego demona. Celował w prawe, więc siłą rzeczy odgradzał się od niego swoją tarczą na swoim lewym ramieniu, na którą nałożony był ochronny czar. Nie wiedząc, czy demon straci w ten sposób równowagę czy nie, walcząc z okropnym żarem, przed którym bronił go tylko jego pancerz i ochronne warstwy materiału, ciał w tę konkretną nogę swoim mieczem z czarnej rudy. Cięcie było mocne, precyzyjne, wzmocnione dodatkowo błogosławieństwem mocy sprzed chwili. Jego ciało, zahartowane, niczym u starożytnych atletów, miało moc, by móc tę kończynę po prostu uciąć. Poeta był też wprawnym szermierzem, co w połączeniu ze wszystkimi innymi czynnikami, dawało szansę na powodzenie. Neltharion świsnął przeciągle, doleciał do ciała białego demona i pokonał to, co pokonać powinien.
Nie wiedząc jeszcze, czy dał radę, Poeta po ataku odskoczył do tyłu, nie chcąc narazić się na ewentualną kontrę płonącej bestii. Wiedział, że jest jeszcze kilku towarzyszy, którzy również spróbują zaatakować maszkarę, by ukrócić jej żywot.

//Wstęp jakoś tak mi się napisał. :) Użyłem telekinezy, zaklęcia aura tarczy, przemieszczenia i miałem dodatkowo z poprzedniego mojego postu nałożoną łaskę mocy, która niby dała mi plus trzy finiszery, ale fabularnie (mam nadzieję), że zadziałała jako taki mały booster.

Isentor:
Biały demon padł martwy. Urzjel przeszyła brzuch Kinrai swym ostrzem otchłani. Anielska krew zabrudziła posadzkę, Kinraya runęła na kolana chwytając się rękoma za ranę. Stojąca nad nią Urzjel przymierzała się niczym kat do egzekucji, którą wkrótce przeprowadzi na klęczącej przed nim ofiarą.

Urzjel



//Walkę opisujemy do momentu wyprowadzenia ruchu. Sam będę opisywał czy wam się udało.

Funeris Venatio:
//Jak daleko jest ona od nas? Zakładam, że my we trójkę + Rigor jesteśmy mniej więcej w jednym miejscu.

Isentor:
//12 metrów.

Funeris Venatio:
Zartacie, miej nas w swojej opiece. To nie były nawet słowa, które się pojawiły w jego umyśle, ale cały konspekt tego, że właśnie w tej chwili jeden anioł zabija drugiego. Mieczem, który wypluła otchłań; dzięki sztuczkom, które wypluła otchłań; dzięki demonicznemu zaparciu, nieopisanej pysze i spaczeniu tak głębokiemu, że zdeprawowało nawet tak czystą duszę, jak tę, która należała do boskiej strażniczki skarbca w przystani, archanioł Urzjel. Funeris nie mógł pogodzić się z tym, że oto teraz, na oczach jego i jego towarzyszy, rozgrywa się piekło na ziemi.
W desperackim ataku, jednak nie pozbawionym planu, ruszył do przodu. Podkute srebrem buty zazgrzytały o kamienną posadzkę jaskini, skrzesały kilka iskier i oderwały się od podłoża. Poeta wystawił do przodu tarczę niczym do ataku taranem, a z boku przyłożył miecze, który miał być kolcem sprawiedliwości i miłości jego Pana Zartata. Paladyn rozpędził się na odległości ledwie trzech metrów, może minimalnie więcej, jego ciało nabrało siły bezwładności i zniknęło, gdy Urzjel unosiła swój miecz do góry. Każda jedna cząsteczka, każdy jeden atom, najmniejsza niepodzielna część jego ciała - to wszystko w jednej chwili przestało istnieć w tej przestrzeni, a pojawiło się gdzieś indziej. Coś szarpnęło jego jestestwem, gdy pojawiał się tuż przed spaczoną anielicą, gdy całą swoją masą wpadł na nią, chcąc wytrącić z równowagi, uniemożliwić zadanie ciosu i odepchnąć nieco w lewo, gdzie już powinna się pojawić Patty. Nastawiony na atak Neltharion miał szansę dodatkowo ugodzić sługę Markunnra, zadać jakąś ranę, zacząć wyrównywać szansę.

//Użyta umiejętność: taran Funerisa.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej