Tereny Valfden > Dział Wypraw
Nie ma takiego dobra, które powraca złem!
Isentor:
Czaszka behemota pękła od zadanych ciosów, bestii zrobiło się czarno przed oczami. Zdezorientowany i poważnie ranny behemot runął na posadzkę. Należało szybko wykończyć bestie, nim się zregeneruje. Biały demon wylądował tuż przed oprawcami behemota, po czym zionął w ich stronę ogniem.
Funeris Venatio:
Huk upadającego behemota rozniósł się po wielkiej sali. Funerisowi wydawało się nawet przez moment, że tuż obok niego przeleciały dwie anielice, które toczyły niewyobrażalny pojedynek, upstrzony różnymi sztuczkami i okupiony wielkim cierpieniem. Ruszały się tak szybko, że zdawały się jedynie mignięciami, smugami, czy nawet cieniami, które tańczyły na kamiennych ścianach demonicznej jaskini.
Biały demon tymczasem podleciał do swojego zdecydowanie większego brata, próbując zaskoczyć wojowników i spopielić ich ciała. Funeris odłożył swój kiścień niedaleko prawej stopy, złapał się za bok, który zabolał przy schylaniu i wyciągnął przed siebie rękę. Srebrna rękawica nie lśniła już tym samym blaskiem co kiedyś, umorusana teraz w demoniczną krew, pozlepiana kurzem i brudem. Nie ona jednak była teraz najważniejsza. Między metalowymi elementami misternie wykonanej rękawicy zaczęły gromadzić się magiczne światła. Poeta czerpał z głębin swojej duszy, przesyłał moc daną mu przez Zartata w stronę rozpostartej dłoni i tam ją gromadził. Wypowiadając inkantację Izeshar uwolnił moc zaklęcia, które sformowało się w złotą sferę wielkości kuli armatniej. Pchnięty telekinezą, pocisk pofrunął do przodu. Przeleciał te piętnaście metrów, które dzieliły paladyna i demonicznego behemota i łupnął w jego zranioną i popękaną czaszkę. Magia zawarta w tym zaklęciu miała siłę spopielenia niektórych materiałów, a mocno poraniona głowa, z której najpewniej wyzierała surowa tkanka i mózg, były idealnym celem, by zakończyć życie przerośniętego przeciwnika. Nie czekając dłużej, baron Kadev, posłał drugi pocisk, wypowiadając drugi raz inkantację mocy. Idealnie taka sama kula pomknęła w tę samą stronę, w to samo miejsce, mając nadzieję na taki sam efekt, może nawet bardziej zabójczy. Na sam koniec Funeris zebrał jeszcze trochę magicznej energii i nałożył na siebie łaskę siły. Wypowiedział słowo Grashiz, wlał w siebie równomiernie całą esencję zaklęcia i poczuł, jak staje się mocniejszy. Silniejszy, wytrzymalszy, bardziej krzepki. Czuł, że będzie w stanie zrobić więcej, jeżeli dojdzie do bezpośredniej walki.
Przymocował kiścień do pasa i wyjął miecz. Ruszył do przodu, wolnym krokiem, ciągle zakrywając się swoją srebrną tarczą z wymalowanym Radwanem.
Isentor:
Behemot padł martwy.
Lucas Paladin:
Zaklęcie Poety powinno zakończyć sprawę. Tak się rycerzowi przynajmniej wydawało. Nie spodziewał się bowiem, żeby nawet tak wielki potwór jak Demoniczny behemot przeżył dwa uderzenia mając uszkodzoną czaszkę. I dobrze mu się wydawało. Większym problemem był jednak jego o wiele potężniejszy kolega, który właśnie potraktował zebranych swoim ognistym zionęciem. Lucas natychmiast zasłonił się pawężą i uklęknął, aby całkowicie uniknąć podmuchu.
Isentor:
Pawęż Lucasa odparł ognisty podmuch.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej