Tereny Valfden > Dział Wypraw

Nie ma takiego dobra, które powraca złem!

<< < (72/96) > >>

Funeris Venatio:
Funeris nawet dobrze nie odetchnął, patrząc jak bezwładne ciało diablicy opada na kamienną posadzkę tejże jaskini. Wredna baba denerwowała go niemiłosiernie, strzelając w nich kulami ognistymi jakby to były kamyki wyrzucane z procy. Teraz, gdy jej mózg rozprysnął się na boki, a ciało zamieniło się jedynie w kupę mięsa z otchłani, mógł wreszcie zerknąć na przyjaciela. Lucas unikał jej czarów jak tylko mógł, nie mając nawet sposobności by się do suki zbliżyć. Funeris dziękował w duchu Zartatowi, że pozwolił na to, by jego wierny sługa i rycerz przetrwał jeszcze ten kawałek czasu. Podszedł szybko do mężczyzny leżącego właśnie na ziemi i podał mu dłoń, by ten mógł wstać. Klepnął go w ramię i odwrócił się w stronę behemota.
Wielka bestia dostała właśnie po nogach tornadem, które zawierało w sobie Patricię. Kobieta niemalże przeorała te wielkie słupy, które podtrzymywały demona w pionie. Ten runął ciężko i z wyraźnym wstrząsem podłoża na ziemię, lądując na jednym kolanie. Poeta widział dokładnie, jak członkowie Rigor Mortis, którzy kręcili się wokół, dopadają jego ciało i ruszają do ataku. Jeden zaatakował nogę, drugi wdrapywał się na plecy. Tylko nie plecy, wyrwało mu się w myślach, pamiętając wcześniejszą potyczkę z behemotem, jeszcze w tamtej wieży. Spostrzegł jednak w tym szansę dla siebie. Bestia atakowana z kilku stron, z pogruchotanymi nogami i ostrzem, które zaraz miało zatopić się w jego plecach, powinna nie być w stanie zauważyć kolejnego przeciwnika, który wskoczyłby jej na plecy. A jedynie szybka i sprawna akcja mogła przynieść sukces. Nie czekając wiele ani chwili dłużej, paladyn przemieścił się tuż za głowę demona, na jego plecy. Wiedział, że w razie czego zdąży znowu wykonać ten magiczny skok w przestrzeni, uciekając spod przygniatającego manewru. Behemot na szczęście miał zajęte ręce, gdyż się nimi podpierał o posadzkę. Wstać też pewnie nie wstanie, bo i nogi miał właśnie atakowane. Wznoszony do góry kiścień zalśnił w blasku kuli światła, która unosiła się nad głową szlachcica, który jeszcze nawet nie wie, że w stolicy został ogłoszony baronem. ÂŚwieżo upieczony pan dystryktu Kadev z zabójczą siłą spuścił oręż na łeb demona, chcąc w miarę szybko zakończyć jego żywot na tym łez padole. Stanął solidnie między jego barkami, łapiąc równowagę. Musiało się udać...

Isentor:
Broń Funerisa ledwie zatopiła się w czaszce behemota po pierwszym zadanym ciosie. Bestia zaczęła się szamotać nacierając powoli na łucznika z Rigor Mortis. Biały demon szybował w stronę Funerisa.

Funeris Venatio:
Musiało się udać. Nie udało. Behemot na pewno odczuł ataki, na pewno poczuł ból, lecz był po prostu wielką pierdoloną i nieśmiertelną kupą demonicznego mięsa, która nie chciała zdychać. Kiścień ledwie zatopił się w czaszce, jakże twardej, ale i chyba pustej w środku. Tak wielka bestia nie może być też diablo inteligentna, no jakaś harmonia w przyrodzie zachowana być musi...
Walcząc o zachowanie równowagi, Poeta układał odpowiednio ciało i przemieszczał środek ciężkości, by przede wszystkim nie zlecieć z tej wysokości. Demon ruszył niezgrabnie do przodu, chcąc chyba przyszpilić jednego z członków Rigor Mortis. Niech ten człowiek strzela ile wlezie, ale zaraz potem ucieka, bo wielkich szans mieć nie będzie. Unosząc kiścień do góry, zadał następny cios. Srebrna kula najeżona ostrymi kolcami opadła w to samo miejsce, co poprzednio i uderzyła z chyba jeszcze większą siłą niż poprzednio. Wykorzystując zamach, Funeris uderzył raz jeszcze, tym razem cios nadlatywał z lewej. Człowiek, zdając sobie sprawę, że biały demon leci prosto na niego, zaatakował ostatni raz. Kiścień spadł czwarty raz w to samo miejsce. Czaszka behemota musiała poddać się takim atakom. No po prostu musiała.
Szybki rzut okiem potwierdził dobitnie przypuszczenia. Skrzydlata bestia była tuż, tuż, zaraz poczuje jej żar. Nie zwlekając ani chwili dłużej, walcząc z równowagą, przemieścił się jakieś piętnaście metrów od behemota, w przeciwną stronę niż ta, z której nadlatywał biały. Materializując się cząsteczka po cząsteczce musiał podeprzeć się o posadzkę, gdyż jego błędnik nadal myślał, że człowiek kołysze się na nierównej powierzchni behemota.

//No zabijcie go, no...

Gorn Valfranden:
Gorn który nadale leżał zawiszony w niekończącej się toni, dalej wspominał wydarzenia, np: Jak razem z ekipą płynęli zniszczyć mgłę. Jak z Aragornem i innymi walczyli przeciwko Bobrom. Jak brał udział w pierwszej wyprawię bractwa. Jak dwa razy musiał ratować Szeklana od śmierci. Jego szkolenie. I inne rzeczy z jego życia.

Lucas Paladin:
Lucas wreszcie wstał. Nie było już niczego co mogło rzucać w niego ognistymi kulami, spuszczać na niego deszcz wypłeniony ogniem i jakby tego było mało, formować u jego stóp kałużę lawy. Teraz liczyła się siła mięśni, taktyka, czyli to, do czego rycerz był przyzwyczajony. Demoniczny behemot wciąż żył, co gorsza biały demon również. A to oznaczało kłopoty. Wojowicy Rigor Mortis dzielnie stawiali czoła (w końcu) przerośniętej bestii, jednak to było trochę za mało. Do walki musieli włączyć się wszyscy. Lucas również. Schował więc tarczę na plecy i sięgnął po miecz - teraz najlepszą obroną był atak. Behemot się szamotał, okazja była idealna, mostrum nie zwróci uwagi na nadbiegającego Lucasa, ponieważ teraz za wredne komary robili słudzy Zewoli. Rycerz szybko podbiegł do szalejącego stwora i zaatakował najsłabszy, uszkodzony już punkt. Nogi. Chlasnął raz mieczem, raz buzdyganem, z całych sił, ile tylko ich miał na chwilę obecną.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej