Izabell zmorzył kamienny sen. Elfce przyśniła się polana, podobna do tej ze skażonym drzewem. Spostrzegła, że w zasadzie jest to ta sama polana, a ona jest unieruchomiona w czarnej brei wypływającej spod kory dębu. W panice Izabell zaczęła się chaotycznie szamotać, jednak w niczym to nie pomagało. Z czarnej brei wypełzły drobne insekty, które zaczęły kąsać jej jasną skórę. Z początku ich ukąszenia były nieznaczne, zupełnie jakby żerowało na niej kilkanaście komarów. Z czasem wgryzały się w jej skórę coraz mocniej potęgując większy ból. Niektórym z nich udało się przebić warstwę skóry, wpełzały głęboko pod mięśnie wgryzając się w nerwy. Izabell czuła niewyobrażalny ból ogniskujący na całym ciele. Zza dębu wyłonił się młody elf, stanął metr od elfki. Jego oczy były zupełnie czarne, zdawał się nieobecny, stał bezczynnie, nie próbując nawet pomóc Izabell.