- Musiały pić z tego jeziora - zadumał się. - Nie tylko drzewo na tym cierpi. Trzeba coś z tym zrobić - powiedział do Melkiora i wyciągnął miecz z pochwy. Tym razem był przekonany, że nie obejdzie się bez drastycznych środków. To nie były zwykłe istoty, których domostwem jest las. Te były efektem plugawych mutacji i deformacji, które mogły zagrozić pierwotnemu stanowi tych ziem, zaburzyć ich ekosystem.
- Tym razem - mruknął niechętnie. - Chyba będziemy musieli sobie pobrudzić ręce - rzucił nim bestie ruszyły do szarży. Jedna z nich niemal natychmiast otrzymała od Melkiora prezent w postaci strzały w zadzie. Eric skupił się na drugiej. Szaleńcza szarża nie przypominała nic, co by do tej pory w życiu widział. Walczył z kretoszczurami na arenie, ale te w niczym niemal nie przypominały swoich pierwotnych krewnych. Sama budowa i szkielet były podobne, ale te budziły strach, a nie uśmiech politowania. Eric uskoczył przed szarżą i świsnął mieczem w stronę grubego cielska. Bestia wyhamowała i błyskawicznie wykonała zwrot w jego stronę, uskakując przed stalą. Mięśnie mechanicznie poruszały się pod skórą. Czarna posoka skapywała z ust. Zmutowany kretoszczur ruszył do ataku. Kłapał zębami w okolicy kostek Erica, lecz ten za każdym razem nadążał z unikiem. Ciężko mu było wyprowadzić cios, miecz w dłoniach wydawał się zupełnie nieporęczny, kiedy przeciwnik nie przekraczał wysokości jego kolan. W końcu jednak pchnął w dół, prosto w pysk zwierzęcia. Ostrze przebiło szczękę, z mlaskiem weszło w język i zbrukało się gnilną cieczą. Krew trysnęła na trawę. Eric wyciągnął ostrze i ciął wzdłuż grzbietu kretoszczura. Bestia zachwiała się na krótkich odnóżach i padła na trawę. Zapach truchła przyprawiał Erica o mdłości.