Tereny Valfden > Dział Wypraw
Skaliste wybrzeże - czyli jak fale buntowników rozpierdalają się o mury Ekkerund
Hagnar Wildschwein:
-Aggromooooor!- darli się wojownicy z ostatniego bastionu. Krew ściekała po murach barwiąc granit i spychając go w klasyfikacji groźnych kamieni na domeny wiecznie mroczne.
-Trzaby... stąd...- dyszał Hagnar do współtowarzyszy. Jakich współtowarzyszy? Przeorana pociskami i kulami baszta przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Trzymane ze sobą, chyba magią, kamienie żałośnie pohukiwały trafiane co i rusz bełtem czy pociskiem. Oczy obrońców już nie łzawiły. Usta nie czuły już smrodu, krwi i pyłu. Przywykły.
Piętro niżej, na murze nie było weselej. Opadający z sił Domenik i dwóch ludzi, poznałbyś po surcotach, że ze sławnego rodu Buckenreimów, gdyby owe surcoty jeszcze istniały, stali już plecami przy wejściu do baszty.
-Koniec- sapnął jeden z przedstawicieli wspomnianego rodu. Iskry posypały się na posadzkę znikając w błocie potu i krwi. I raz jeszcze i kolejny. Człapanie okutych butów i kolejne sapnięcia. ÂŚmierć i inna twarz. Umierali powoli, ale systematycznie. Po chwili i drugi z rodu poszedł w zapomnienie.
Stopnie baszty odezwały się głucho. Wildschwein obrócił się na pięcie w locie ładując muszkiet niezliczoną już kulą. Kurek wyżłobił rycinę w tylnej swojej pozycji, a lufa wymierzyła w wejście. Tanio go nie wezmą.
-Trza było...- zgrzytnięcie topora po metalu i śmierć. -Iść- z drugiej strony nadleciał grom. -Póki zdało sie..- i trzeci duch uleciał, gdy krasnolud wdzierał się po schodach na górę.
-Kurwa to ja!- krzyknął Domenik kiedy muszkiet niemal przypadł do jego czoła. Hagnar prędko zreflektował i wypalił w skradającego się po schodach napastnika. W mgnieniu oka repetował muszkiet. Spojrzeli po sobie. Rozdarta koszula na grzbiecie łowcy wampirów, osmolona broda i niezliczone zadrapania jak i rany. Przesączone krwią oczy jak i ręce. Syn Zirgina nie wyglądał lepiej. Jak i ojciec nie cierpiał lśniących pancerzy, te kłamały. Jego blachy były powyginane i nie stanowiły promila dawnej świetności. Ostrze topora niemal wyszczerbione, drzewiec w kilku miejscach nadszarpnięty mimo okucia.
-A tera?- zapytał Wildschwein widząc kolejny oddział szturmujący ich basztę.
Arya:
Wybiegła zza ściany, przystanęła i szybko wypuściła dwie strzały, w których tylko jedna doleciała do celu, unicestwiając kolejnego wroga. Przebiegła na druga stronę uliczki, ukrywając się teraz po tej stronie. Wychyliła się zza ściany i teraz wykorzystał to jeden z przeciwników. Zamachnął się na nią mieczem, jednak dzięki swojej zwinności uniknęła ciosu. Upuściła łuk na ziemię i w momencie, gdy cofając się, wyciągała topór i ściągała tarczę z pleców - napastnik popchnął ją z całej siły, przewracając ją na ziemię. Wydała z siebie głuchy odgłos niezadowolenia. Uderzyła się gdzieś w głowę i widziała teraz ciemne plamy przed oczami. Zezłościła się, i gdy wróg zamachnął się mieczem, zasłoniła się tarczą, drugą ręką uderzając toporem w jego łydkę. Wyjątkowo bolesna.. dźwignęła się na nogi i zakończyła jego męczarnie. Rozejrzała się w koło, schowała topór z tarczą i podniosła z ziemi łuk. Ostrzeliwała teraz wroga z ukrycia. Nie miała za bardzo dokąd uciekać. Patrzała na śmierć obrońców i w miarę upływu czasu narastał w niej gniew. Była też zła na samą siebie, że akurat zachciało jej się przebywać w Ekkerund. Chociaż... lubiła walczyć. Pogodziła się z tym, że może zginąć. Otarła krew z czoła. Sama nie wiedziała, czy to jej krew, czy kogoś innego.
Hagmar:
//Jesteście już.
//Wszyscy: godź. 4:00. Bitwa o miasto trwała w najlepsze dobre kilka godzin gdy przybyły oddziały BPP.
//BPP może zacząć się rozstawiać
//Do walki o miasto dołączyła reszta armii wroga
380/800x Strzelec wroga
2995/6000x Mięso armatnie
994/3000x Piechota
574/700x Kusznik
//Nei obowiązuje już kara:
Osłona nocy - W nocy gracz otrzymuje karę minus jeden do ilości dostępnych na post finiszerów.
//W mieście toczą się ciężkie walki. Z każdym postem "Pancerny Wiewiór" zabija po 20 przeciwników każdego typu. Także doliczajcie.
Mohamed Khaled:
Elash ruesh anesh qiesh osh hu! Wykrzyczał wskazując rękami na armię znajdującą się dalej od murów. Niebo pociemniało. ÂŁUP! - rozległ się grzmot. ÂŁUP! ÂŁUP! Kilka grzmotów. Niebo z czarnego, stało się czerwone. Coś leciało, i to coś było wielkiego. I tego właśnie musieli bać się teraz buntownicy. Wielki czerwony meteoryt leciał z nieba, kierując się na ziemie wskazaną przez właściciela. Jeb! Jak jebło, to aż oślepiło szyki sojuszników - czyli nas. Meteor jebnął o ziemie, robiąc wielki krater. Fala uderzeniowa poleciała przez pole, raniąc tam kogoś jeszcze.. Szczęście nie dotarła do murów - które i tak rozjebane były, jedynie wiatr tam mocniej dmuchnął. Niech Rasher ma ich w opiece powiedział imię boga śmierci.
380/800x Strzelec wroga
2695/6000x Mięso armatnie (poszło 300, Arek powiedział)
994/3000x Piechota
574/700x Kusznik
Mogul:
Ork rozejrzał się. Gdy ujrzał bezpieczny teren, w końcu mógł wydać rozkaz. Rozejrzał się ponownie, duża grupa nie zdążyła wejść do miasta, także mag mógł bezpiecznie rzucić obszarowym zaklęciem.
- Kratos, sprawdź czy bezpiecznie ostatni raz i atakuj! Krzyknął co sił w płucach. Ten rzucił meteorem. Podniósł do góry srebrny bułat i wystawił sztandar tak, że każdy mógł go dostrzec. - Kawaleria, idziecie w pierwszą linie, czekać na drugi sygnał do ostrzałach. Piechota dobija ostatnia, gdy kawaleria ruszy. Każda jednostka ustawiła się w odpowiednim miejscu. Każdy z BPP widział dobrze Mogula, który również zajął miejsce w pierwszej linii. Drugą stanowiła piechota, trzecią byli łucznicy, kusznicy. Nastąpił drugi sygnał ataku, dystansowcy zalali niebo serią strzał.
//: odlicz straty od łuczników i jedziemy dalej Aruś
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej