Krzyki trwały, rozbrzmiewały wokół czyniąc atmosferę cięższą i ogółem trudną do zniesienia. Jednak z upływem czasu zaczynały słabnąć. Stopniowo Diomedes zaczynał okiełznywać ból. Albo to po prostu on ustępował. Tak czy siak, młodzieniec widział tunel światła, wyjście z tych piekielnych, wiecznych zdawałoby się katuszy. I bynajmniej wyjściem tym nie była śmierć. Była nim moc, magiczna siła, która doprowadzała ciało Diomedesa do jako takiego ładu. Chwycił się jej. Podporządkował. Pozwolił jej dowolnie przemieszczać się po jego ciele, mimo bólu, który potęgował się proporcjonalnie do powagi leczonej rany. Wszystko jednak ma swój koniec. Devristus zrobił wszystko co mógł, by wyleczyć rany lekkomyślnego nowicjusza. Spisał się dobrze, choć nie można było oczekiwać, by młodzieniec powstał z energią młodego, pełnego życia cielątka. Podnosił się powoli, niezgrabnie i z wyraźnym trudem. Towarzyszyły temu jęki bólu, stęknięcia i nierówny oddech. Kiedy już stał na rozdygotanych nogach, oparł się ramieniem o drzewo. Drżącą dłonią ze złością zdarł z niego odłamek kory.
- Aragorn! - wychrypiał, zaciskając pięść. - Gdzie on jest?! - dodał, nie ukrywając złości. Wówczas jego wzrok spotkał się z Zelerisem. Który również nie wyglądał najlepiej. Brwi Diomedesa zmarszczyły się jeszcze bardziej, przecząc torom poruszania się wszystkich mięśni twarzy.
- Tobie... Tobie też to zrobił?! - pytał, zataczając się w stronę dracona. - Co on sobie wyobraża! - powiedział, kopiąc w kamień leżący nieopodal.