Ciepło zaczęło rozchodzić się po ciele Diomedesa. Uwalniało ból, który do tej pory skryty był pod nieprzepuszczalną warstwą nieświadomości, która nagle przestała być aż tak nieprzepuszczalna. Powieki młodzieńca zadrżały. Ciągle dzwoniło mu w uszach. ÂŚwiadomość powoli powracała, wraz z nią także i wiedza o połamanych żebrach, licznych pokaleczeniach ciała, braku zęba. I ból, cierpienie. Rozchodzące się po ciele w zawrotnym tempie, zupełnie jakby przewodziła je sama wrząca w żyłach krew. Twarz młodzieńca artystycznie odwzorowywała z najmniejszymi szczegółami to, co działo się wewnątrz. A było to niczym gwałtowna burza, która nagle przesłoniła zupełnie czyste dotychczas niebo.
- Gh... - wychrypiał, uwalniając ze swej jamy ustnej zaległą ilość krwi. - Ghhhhhhhaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaarh! - zaryczał z bólu, wbijając palce w miękką ziemię. Szarpał nimi wyrywając z gleby źdźbła trawy, po których ściekały krople jego własnej krwi. Zacisnął szczękę i przymrużył oczy walcząc z szaleńczym uczuciem rozdzierania od środka. Wrzeszczał jak opętany. Jego krzyki odbijały się echem po okolicznym lesie, płosząc zaciekawione ptaki i zwierzynę.