Z lasu wyłonił się Gunses. Szedł wolno, niezgrabnie. Chronił się w cieniu drzew, korzystając z faktu, że nie słońce jeszcze nie świeciło w tym miejscu. ÂŚwitało. Jak większość wiosennych poranków, ten też był zimny. Wszędzie była lekka mgła. Opar osadzał się na broni, na ubraniu, na włosach i twarzach. Ptaki w lesie zaczęły odzywać się coraz większym chórem. Gunses miał podkrążone oczy, jego skóra zdawała się być kartką papieru. Kiedy znalazł się przy swym koniu zakomenderowano pobudkę. W samą porę. Kilka chwil później wszyscy wołali o Aragornie. Gunses nie miał siły ani chęci na objaśnianie wszystkim swego zdania, powiedział więc tylko do otaczających go kompanów, w tym króla
- Taki z niego chojrak - mówił bez akcentu - Zabiera pół wyspy na wyprawę, po czym idzie sam... Okaże się pewnie, że tamten chram zadziała jakoś na jego wariacką naturę. Tak czy siak, wziął pod swoje skrzydła młodych i niewiasty, a teraz sobie poleciał sam... - wdrapał się na konia. Zawiesił łuk na jego boku. Uniósł ręce do twarzy, założył przylegający kaptur na głowę i zasznurował go rzemieniami tak, alby nie było najmniejszego otworu. Z niewidocznym już dla nikogo grymasem bólu założył na ramiona płaszcz, jego poły spuścił po bokach i zadzie konia a na swoją głowę zaciągnął obszerny kaptur. Był gotowy do drogi. Dzień przecież w końcu minie.