Gdy słońce skryło się za horyzontem i nad polem bitwy zaległ mrok, Zeleris wstał. Nadszedł czas działania. Otrzepał szatę z piasku i poprawił plecak. Spojrzał na miasto. Prócz blasku bariery, rozświetlane było tysiącami latarni, pochodni i innymi źródłami światła. Całkiem ładny widok. Lecz nie był to czas na delektowanie się wrażeniami estetycznymi. Dracon rozłożył skrzydła i machnął nimi potężnie. Chciał najpierw podlecieć kilkanaście metrów w górę i dopiero tam rzucić zaklęcie.Tak też uczynił. Wzniósł się nad obozem, pod sobą pozostawiając namioty, armię i przyziemne sprawy. Tutaj, w przestworzach, czuł się najlepiej. Tutaj właśnie był bez wątpienia najbardziej skuteczny. Czuł wiatr owiewający mu twarz, słyszał jego szum... pomogło to wczuć się w zaklęcie, którego miał użyć. Miał się stać jednością z wiatrem. A nawet więcej, miał być wiatrem. Delikatnym powiewem nocnego wiatru letniej pory, albo też prawdziwym huraganem. Przymknął oczy i skupił się na własnej duszy, na źródle swojej mocy. Nie musiał się spieszyć, powoli synchronizował się z żywiołem, wizualizując zaklęcie i pobierając moc. W końcu wyszeptał inkantację.
- Elishashqihu... - szept był cichy, ledwo słyszalny dla samego Flamela poprzez szum powietrza w przestworzach. Lecz efekt był prawidłowy. Jego moc zaczęła przemieniać jego ciało. Rozpływał się i parował. Wciąż był materialny. Tak materialny, jak samo powietrze. Gdy przemiana dobiegła końca, Zeleris jako podmuch, powiał w kierunku bariery. Był tylko powietrzem, więc jej magia powinna go przepuścić. Jeżeli zaś się pomylił... cóż wtedy miałby problem.