Zacząłem skradać się po murach bacznie się rozglądając szukając potencjalnych wrogów. Skierowałem wzrok na miasto. Całkiem ładne. Ciekawe jakby się tu mieszkało. Nie czas jednak na rozmyślania. Nagle zauważyłem nie dalej jak 100 metrów przede mną jakiś delikatny ruch. Nadchodzą. W moim kierunku biegło dwóch żołnierzy. Szybko zanalizowałem sytuacje. Na moją korzyść działa to, że chodnik na murach jest dość mały i będą musieli mnie atakować pojedynczo. Jednak jest ich dwóch. Zaprę się tarczą i próbuje ich zwalić z murów.Do ziemi brakowało jakiś 5 metrów, jeśli nie zginą będą przynajmniej ogłuszeni. Wyciągnąłem miecz z pochwy, a tarcze zamarłem o ziemie. Czekałem.
Nagle jeden z nich zaczął biec wolniej, aż w końcu się zatrzymał. Zmęczył się, to moja szansa! Zaszarżowałem na pierwszego żołnierza. Wojownik, który był tuż przy mnie zgłupiał. Zamachnąłem się i trafiłem żołnierza w ramię, a potem tarczą zwaliłem go na ziemie. Usłyszałem tylko krzyk, ponieważ już biegłem w kierunku kolejnego wojaka, ten nie chciał podzielić losu kolegi. Zaatakował mnie pierwszy. Uniosłem tarcze w jego kierunku. Jego miecz ześlizgnął się pierwszy, wtedy ja zamachnąłem się i trafiłem żołnierza w klatkę piersiową, kolejny raz zaatakowałem i trafiłem w to samo miejsce. Troszkę przesadziłem z siłą. Wojownik zachwiał się i upadł. Atak spowodował powstanie wielkiej rany, z której było widać żebra. Wojownik zachwiał się i upadł.
- Nie żyje. Idę szukać kolejnych.
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, ten odezwał się:
- Nie, proszę dobij. Proszę dobij!
ÂŻołnierz zamknął oczy. Uniosłem miecz i wycelowałem w klatkę piersiową. Trafiłem
-Koniec zabawy na murach. Zejdę na dół i zobaczę jak dają sobie radę wojska cesarskie…