Altair zaśmiał się cicho sam do siebie. Z ojcowskim niemal uśmiechem zmierzył większość rozmówców.
- Domenicu, ja, do cholery, chętnie zamieniłbym te czary na brodę! - uśmiechnął się w kierunku Zelerisa, ku zresztą wielkiemu wszystkich zaskoczeniu - wy, młodzi, to magię traktujecie jak sztuczki cyrkowe, albo jakiś przywilej. Nie myśleliście nigdy, jaki to zaszczyt móc władać taką potęgą, którą można zarówno niszczyć wszystko dookoła, jak i tworzyć w zasadzie... piękno? Jak to wspomniał pan Flamel, powinniśmy zachować do magii respekt. Szacunku moglibyśmy uczyć się właściwie od krasnoludów, choć ten tutaj - skinął brodą na Domenica - jest dosyć... nonkonformistycznym przedstawicielem swojej rasy. A ja swego czasu powiedziałem takiemu magowi, w Myrtanie to chyba jeszcze było jakem pewnie gdzieś w waszym był wieku, Silverhold. Miecz nie potrzebuje mikstury, by dobrze ciąć, ani formułki, by wydobył się z pochwy. Mimo wszystko wciąż aktualne pozostają słowa pana Flamela. Silverhold, wiesz, że prawdopodobnie twój ojciec tak zginął. Ugodzony ciosem wroga gdzieś pod łopatkę, skonał, wykrwawił się na śmierć. Jeśli nawet go pochowali, to w zbiorowej mogile. Znałem tysiące takich ludzi, naprawdę tysiące. Wierz lub nie, ale zdecydowana większość łapiących za ostrze tak właśnie ginie. Zapomniani. Ale kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Może i mnie masz, ha, może macie mnie wszyscy za takiego, co tylko mieczem potrafi machać, a cała wiedza mu niepotrzebna. A Silverhold to już na pewno, ale znacie może taki utwór, napisany bardzo, bardzo dawno temu w odległym kraju, posłuchajcie, ekhm... - Altair odchrząknał, splunął, przełknął ślinę i wyprostowawszy się, podjął donośnym głosem, dbając o odpowiednie tonowanie i dykcję:
"Młodemu wszystko przystoi,
Kiedy go Ares powali i ostry spiż go przeorze.
Piękny jest, nawet gdy zginie, gdziekolwiek ciało odsłoni.
Ale gdy brodę zbielałą, włos siwy i ciało sędziwe
Psy głodne kłami poszarpią i starca bezwstyd obnażą -
Nie ma straszliwszej niedoli od tej dla ludzi śmiertelnych."
- Dlategóż, dla młodych, taka śmierć to żaden dyshonor. Ale nie dla mnie już. A wtedy... mnie od takiej śmierci mogły dzielić nawet dwie sekundy, ale żyję, jak widać. Nieznajomy wróg jakiś, co go zwą losem, uchował mnie od takiej śmierci, ha! A blizna, mości panie Flamel i reszto, blizna, powiadam, na bliźnie na mym ciele. Wszędzie... prawie. - Uśmiechnął się chytrze. Miał zamiar pogonić konia i jechać w awangardzie, jednak pozostał, by chwilę jeszcze porozmawiać.