Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Skryć się przed słońcem
Dragosani:
Drużyna wyszła z miasta przez tę sama bramę, którą weszła. Wkroczyli w spowity ciemnością nocy las, odprowadzani pełnymi niedowierzania spojrzeniami strażników. Ruszyli na zachód, tam gdzie miał znajdować się obóz Srebrnej Ręki. I, jeśli dobrze pójdzie, także ich zwierzyna.
- Zachowaj najwyższą czujność, Imago - powiedział Drago, gdy wyszli poza zasięg wzroku straży na murach. - Zresztą wy także. - Spojrzał na pozostałych towarzyszy. - Zapewne dojdziemy tam w okolicach północy. Nie jest to trudna droga, trzeba iść cały czas tym traktem. - Odpiął od pasa fiolkę z krwią i wypił ją. - Ja zajmę się obserwacja terenu z powietrza... Już dawno chciałem to zrobić... - mruknął jeszcze i rozpoczął transformację. Jednak nie byłą to przemiana w nietoperza. Jego palce zmieniły się w szpony, zęby wydłużyły się, tworząc długie i ostre kły. Na plecach zaś wyrosły błoniaste skrzydła. Forma wampira naczelnego. Dragosani bez słowa machnął skrzydłami w wzbił się w powietrze.
Tracę:
0,3 litra krwi wilka
Imago:
Drużna rusza więc w drogę do obozu Srebrnej Ręki. Sprawa wydawała się prosta, lecz obóz łowców wampirów średnio interesował Imago. Bardziej zależało mu na tarlesstach, dla których skór w ogóle chciał tu być. Gdy drugi z wampirów odezwał się do niego Imago mruknął cicho potwierdzając. Gdy Drago odleciał w swej nowej ciekawie wyglądającej formie, młodszy wampir wyszedł na czoło drużyny, to on był oczami i uszami kompanii.
Dragosani:
<ignorant>
Podróż trwała kilka godzin. Przed północą zbliżyli się do obozu. Znajdował się on na rozległej polanie. Roślinność była tutaj raczej uboga, ziemia nie była wystarczająco żyzna. Gdzieniegdzie leżały głazy, od małych kamieni po sporych rozmiarów skały. Do obozu prowadziła kamienna ścieżka. Lecz obóz pogrążony był w ciszy i ciemności. Widać było kamienne wieże bez sylwetek strażników na nich, drewniane konstrukcje także były puste. Dragosani wylądował przy drużynie.
- Cicho wszędzie, głucho wszędzie - powiedział.
Kenshin:
Ciemna, głucha, nieprzyjemna noc otaczała ich z każdej strony, po upuszczeniu miejscowości. Kenshin szedł równo z resztą póki wampiry im towarzyszyły, nie zamierzał marnować mikstur, bo ich wyczulone zmysły powinny ostrzec w porę, przed nadciągającym wrogiem. Ork nie odezwał się słowem, kiedy Drago wbił się ku niebu, ponieważ zwiększało to pole manewru i jednocześnie ochronę. Marsz trwał trochę czasu i jakoś nikt nie miał ochoty rozmawiać w sumie to miało sens i w końcu dotarli do obozu, który nie za bardzo tętnił on życiem, ponieważ było cicho, o wiele za cicho i po chwili również zwiad z powietrza, potwierdził zaistniały obraz przednimi.
- Co to będzie, co to będzie?
Odpowiedział, lecz do żartów i śmiechów mu nie było.
- Robimy rekonesans? Czy odpuszczamy? Teraz w obozie może nas zastać dosłownie wszystko co urodziły te góry.
Ork nie był osobą decyzją, ale skoro mięli tutaj głowę państwa to niech ona podejmuje tak ważkie decyzje.
Imago:
- Ja bym sprawdził całą strażnicę - wtrącił. - Choćby i ze względów bezpieczeństwa, by nic nas nie zaszło od tyłu czy flanki - wyjaśnił. Ciekawe czemu było tam tak pusto. Czyżby dzikusy rzeczywiście wybiły tych jakże elitarnych najemników? Na cholerę oni się tam w ogóle wpierdalali? Przecież od takich spraw jest Bractwo Świtu...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej