Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Srebrem i ogniem część I - Rozpoznanie bojem
Evening Antarii:
Pomimo tego że przeciwnicy nie byli szczególnie silni i walka powinna iść gładko - coś rozkojarzyło anielicę i dosłownie ledwo uszła z życiem, gdyby nie dracon. Zdecydowanie poradził sobie z atakującymi ją kusznikami. Będzie musiała mu podziękować, ale to po walce. Mogło się zdawać, że dla Torsteina ratowanie życia to nie chleb powszedni... Szybko zajął się bowiem kołowrotem, otwierając bramę. Niedługo powinna dotrzeć reszta ich oddziału i wspomóc ich.
Eve zaś musiała szybko się otrząsnąć z tego chwilowego odrętwienia. Gdy dostrzegła wybiegających z namiotów ludzi, w tym zbirów trzymających kusze, uznała, że należy ich zlikwidować jak najszybciej. W tym celu zebrała magiczną energię w swoim ciele i przekazała do lewej dłoni. Wykrzyknęła inkantację -Izeshar upishosh! i boska moc zmaterializowała się jako niezwykle jasny strumień światła, który wystrzelił w stronę wrogów wybiegających z namiotów i same namioty. Ta moc Zartata była niezwykle śmiercionośna. Anelica wycelowała w stronę przeciwników, którzy na nich wybiegali z jednego z namiotów. Nie wiedziała dokładnie ilu objęło działanie jej zaklęcia, ale po krzykach wnioskowała, że co najmniej dwóch się spaliło, a kilku doznało poważnych oparzeń. Niektórzy nie mieli nawet szansy, żeby wybiec z namiotu, którego pokrycie też już się spalało.
Po tym, gdy błysk przestał działać, Evening zleciała z muru na dół. Ponownie zebrała w sobie energię boga. Dzięki niej, w lewej dłoni znów zgromadziła się i zmaterializowała moc - tym razem Evening wykrzyknęła -Izehsar!, gdyż wróg zdążył podbiec już naprawdę blisko ze swoim sztyletem. Jego szarża zakończyła się w momencie, gdy wypchnięta telekinetycznym impulsem kula światła, przedziurawiła jego tors i zostawiła w środku ciała sporą dziurę na wylot.
//Nadciąga z namiotów:
11x bandyta
6x zbir(nie dobyli kusz)
Gascaden:
W trakcie jazdy w kierunku strażnicy, adrenalina u Jaszczuroczłeka gwałtownie się podwyższała, aż tylko czekał, by dać upust swoim emocjom. Gdy zobaczył podnoszące się kraty, dał znak wozowi opancerzonemu do ataku, a sam ponaglił swojego wierzchowca do galopu, wpadając momentalnie do środka strażnicy. Bandyci rozproszeni atakiem anielicy, nie zdążyli zareagować odpowiednio szybko na rozpędzonego jaszczura, który staranował swoim koniem przynajmniej dwóch zbirów i jednocześnie nachylając się z toporem na trzeciego aż z rozmachem ostrze topora chlasnęło po gardle bandyty rozdzierając szyję i zablokowało dostęp do życiodajnego powietrza. Gascaden nie tracąc na prędkości odjechał od zbirów gdzieś na ubocze, by następnie skupić się w sobie i w swojej energii magicznej, transportując cząsteczka po cząsteczce swoje ciało obok przeciwników, przemieszczając się w wybrane miejsce. Zaskoczeni wrogowie widząc te cuda niewidy znieruchomieli na chwilę, co dało Gascadenowi czas na zadanie kolejnego ciosu, tym razem młotem prosto w twarz przeciwnika, wciskając ją do środka głowy. Człowiek prawie bezboleśnie przyjął cios, a jego ciało powoli opadło na ziemie. Po stracie towarzysza, bandyci jakoś się otrząsnęli i ruszyli w kierunku gorączkowego paladyna Świtu. Po chwili Gascaden wpadł pod grad ataków od dwóch zbirów, przez co musiał uważnie balansować, aby wybronić się i poczekać na moment, aż jego przeciwnicy się zmęczą, aż jego ruchy staną się bardziej ociężałe. Gdy bandyci nieco zwolnili ze swoimi atakami, Jaszczur oplótł ogon wokół nogi jednego i energicznie pociągnął w swoją stronę, przewracając zbira, a drugiego tym czasem zaatakował młotem, który miał odwrócić uwagę przeciwnika, w chwili gdy topór od ukosa wbił się w żebra i rozpruł płuco. Rzezimieszek westchnął cicho, jakby ulotniła się z niego dusza, a paladyn wyrwał topór z ciała i obrócił się w kierunku leżącego zbira, który powoli podnosił się i gdy już stał na nogach, a ręcę miał jeszcze oparte o ziemię, Gascaden zamaszystym ruchem zdzielił bandytę stalowym butem w nos, aż odrzuciło przeciwnika na bok niczym jakiś bezwładny patyk. Gdy podniósł głowę i wywnioskował złamanie nosa, Jaszczuroczłek stojący nad nim dokonał jego żywota dobijając czarnym jak smoła toporem. Gascaden rozejrzał się po placu boju i zobaczył jak w jego kierunku zmierza kolejny bandzior. Paladyn skupił w sobie ponownie energię magiczną i powoli tworząc świetlistą kulę, wypowiedział zaklęcie.
- Izeshar!
Po tej inkantacji, gdy czar był gotowy, skierował ją telekinezą w kierunku zbira, wywiercając w jego korpusie wypaloną dziurę. Skołowany bandyta upuścił broń i powolnym ruchem spojrzał na ubytek w ciele, upadł na kolana i oddając ducha upadł na bok. Kiedy okolica wokół Gascadena była mniej więcej spokojna, pobiegł w kierunku wozu opancerzonego, przy którym walczyli paladyni. Dostrzegł paladyna, który jest zalewany atakami od dwóch bandytów, więc Jaszczuroczłek czym prędzej udał się w jego kierunku, by wspomóc go w walce. Niczego niespodziewający się bandyci atakowali paladyna, który dzielnie parował cios za ciosem, aż do tańca dołączył Gascaden, który znienacka wbił swoją paszczę pełną ostrych jak brzytwa zębów w bark pierwszego bandyty, wyrywając kawałek jego ciała, a wrzeszczącego człowieka odepchnął na ziemię. Przerażony nagłym obrotem sytuacji zbir cofnął się do tyłu, lecz wkręcony w wir walki łuskowaty paladyn nie zamierzał mu odpuścić. Wyprowadził fintę, która zmyliła przeciwnika co do kierunku faktycznego ataku, a następnie sprawnym ruchem nadgarstka zmienił kierunek ataku, roztrzaskując żebra zbira na drobne kawałeczki. Porażony jak piorunem człowiek upadł na ziemię łapczywie próbując nabrać powietrza. Jaszczuroczłek widząc jego nieskuteczną próbę przeżycia, zamachnął się ponownie młotem by zakończyć jego żywot, miażdżąc czaszkę z najważniejszym organem człowieka.
11x Bandyta (1 ugryziony nie jest w stanie nic robić w następnym poście)
0x Zbir
Marduk Draven:
Namioty spłonęły. Sądząc po krzykach było tam kilku zbirów. Reszta zaś otoczyła jaszczurzego rycerza. W miedzyczasie zajechał też wóz razem z Quinnem oraz paladynami, którzy wybiegli z niego i ruszyli w stronę zbirów.
Nie mając nic innego do roboty, Marduk kopniakiem zsunął trupa z klingi swojego miecza i schował go, podnosząc telekinezą buzdygan z ziemi. Walka jeszcze się nie skończyła. Daleko jej było do końca. Draven wzleciał na kilkanaście metrów nad ziemię, po czym skierował się w stronę nadciągających zbirów, jednocześnie ujmując buzdygan oburącz. W kulminacyjnym momencie skierował moc Zartata w dzierżoną przez siebie broń i zarył nią w ziemię, tuż za bandytami, którzy zatrzymali się, aby otoczyć Gascadena. Gniew boga światła był wielki, tak jak jego potęga, która rozszarpała na strzępy jednego ze zbirów, paru innych zaś odrzuciła. Jeden z nich podniósł się i z mieczem ruszył na Marduka. Ten jednak złapał go telekinetycznym uściskiem za gardło i pchnął w stronę kompanów, niszcząc ich szeregi i dając Gascadenowi szansę, aby wyjść z okrążenia.
Paladyni dotarli i starli się z pospolitymi bandytami. Potyczka ta była z góry przesądzona i liczba zbirów nie miała tu żadnego znaczenia. Metalowa nawałnica mężów w płytach wbiła się w miękką kupę zbirów niczym gorący nóż w masło. Młoty, buzdygany oraz kiścienie kruszyły czaszki i kości. Szerzyły krzyki, ból i śmierć wśród najgorszych elementów Valfden. Krew szalenie wsiąkała w ziemię, która łapczywie ją piła, jakby była najlepszej jakości winem. W ciągu paru sekund prawie wszyscy bandyci byli martwi. Pozostał jeden. Poobijany, przerażony. Już dawno zmoczył spodnie. Miał może z dwadzieścia parę lat. Dwóch paladynów doprowadziło go przed kompanię.
- Gdzie jest mag? - spytał Marduk. Jego głos był zimny jak metal. Ostry jak brzytwa. - Co tu robiliście? Gdzie są ludzie, których porywaliście? - dodał, ocierając buzdygan z krwi i ziemi.
- J-j-ja o niczym nie wiem! J-j-jestem niewinny! - jąkął się, szlochał i krzyczał.
- Patricia, zrób coś proszę dla mnie. Użyj na nim hipnozy. Nie mam ochoty na tortury. I czasu też nie ma.
Patty:
Anielica stała lekko na uboczu, ocierając krew z ostrza z pomocą kawałka tkaniny oderwanego z odzienia, pochodzącego od pokonanego bandyty. Przesiąknięta krwią szmata zdawała się bardziej rozmazywać niż czyścić klingę, Patty jednak mozolnie . Słysząc Marduka podeszła bliżej i zmarszczyła nosek, czując jak od więźnia bije smród uryny i prawdopodobnie czegoś jeszcze. Odkalsznęła i zgromadziła nieco magii w prawej dłoni, unosząc ją w górę.
- Uosh izaar! - wymówiła inkantację. Podatny, słaby umysł szybko się poddał, po chwili bandyta zamrugał i spojrzał tępo na swoją hipnotyzerkę - Po kolei zatem, gdzie znajdziemy ucznia Quorthona, co tutaj robicie i gdzie są porwani przez was ludzie?
Marduk Draven:
- W tamtym budynku, magazynie jest przejście, klapa prowadząca kilka metrów w dół do szerokich i wysokich tuneli. Nie wiem dokładnie, gdzie jest, nigdy tak daleko nie zawędrowałem - powiedział, wskazując mały budynek, pewnie magazyn. - Zbieramy tu ludzi, z których tworzą te swoje potwory. Czasami je nawet widzimy. Dużo nam płacą za robotę oraz milczenie... a gdzie są? Pewnie pod ziemią. Jest tam gdzieś kompleks więzienny, ale nigdy tam nie byłem...
- Hmm, chyba nam wystarczy. Jak sądzicie, szybki sąd i egzekucja za zbrodnie, czy zrobimy z niego przewodnika? - powiedział Marduk.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej