Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Srebrem i ogniem część I - Rozpoznanie bojem
Marduk Draven:
Marduk ruszył do walki w tej samej chwili co Patty. Choć to raczej jego przeciwnik ruszył. To co z początku było spokojnym marszem w stronę anioła, stało się nagle niewiarygodnie szybką szarżą. Potwór zniżył głowę i pobiegł w stronę Dravena, dzwoniąc elementami pancerza. Tylko wyćwiczony refleks wojownika Zartata uratował go, gdy ten w porę wykonał zwinny unik w bok. Orkstein zahamował, uderzając w ścianę barkiem zamiast rogów. Ruszył do ataku, tnąc na odlew mieczem, za czym poszedł wyprowadzony od góry cios topora. Anioł Zartata nie zamierzał nawet próbować blokować rąbnięć oręża wroga. Zamiast tego postawił na uniki i natychmiastowe kontrataki. Wielki Mistrz ciął zręcznie po skosie, celując w łączenia zbroi w łokciu bestii, lecz Orkstein z niebywałą łatwością zasłonił się własną klingą i kontratakował toporem, zmuszając Marduka do kolejnego odstąpienia. Natychmiast po tym natarł, wpierw markując sztych miecza, tylko po to by rąbnąć toporem znad głowy. Anioł wywinął się spod pewnie miążdżacego ciosu i umknął w bok. Orkstein gotowy na to ciął mieczem. Klinga uderzyła skrzydlatego wojownika w osłoniętą hełmem twarz z taką siłą, że strąciła mu go z głowy i zachwiała nim samym. W głowie Marduka zadzwoniło jak w katedrze w Zartykanie, włosy na szczęście trzymały się w rzemieniu. Orkstein dalej nacierał, wznosząc topór w górę. To właśnie wtedy Marduk zrobił zamach od góry, po czym wykorzystał moc przemieszczenia, znajdując się nagle za potworem. Z całej siły ciął w łączenia zbroi bestii na łokciu, odcinając łapsko od reszty ciała. Kończyna padła na ziemię z głuchym metalowym dźwiękiem, zaś jej właściciel chlasnął swym mieczem z obrotu. Marduk uchylił się przed straceniem głowy i okrążył potwora. Umknął przed drugim cięcie, po czym zbił jego ostrze daleko na bok. Wykonał obrót, aby nabrać szybkości, po czym ujął miecz oburącz i z całej siły ciął po szyi potwora, separując głowę od reszty ciała, które runęło na ziemię. Anioł podszedł do odciętej głowy i skończył z nią jednym rąbnięciem miecza. Przyciągnął telekinezą swój hełm, ale nie zakładał go jeszcze. Schował miecz i rozejrzał się po sali.
Anioł podszedł do ołtarza. Przyjrzał się zwłokom w zbroi, następnie spojrzał na miecz i na zjawę unoszącą się nad nim.
- Kim jesteś duchu? Jakie są twe zamiary? - spytał.
Torstein Lothbrok:
--- Cytat: Quinn w 11 Styczeń 2020, 10:05:43 ---Widząc że ranny Torstein cofnął się lekko, elf ruszył do starcia z ostatnim bandytą. Sięgnął po wardynę, nie czuł się jeszcze na tyle kompetentnym wojownikiem by pewnie walczyć z użyciem topora, na krótkim dystansie. Długie drzewce zapewniały mu odpowiednią odległość, z której mógł ranić przeciwnika. Tak było i tym razem, Quinn zakręcił wardyną, starając się zmylić bandytę, ten nie dał się złapać na tę bądź co bądź prostą sztuczkę i zaatakował szybkim wypadem w przód, markując pchnięcie i przechodząc w cięcie z góry, elf przeszedł w bok i zasłonił się, ostrze bandyty ześlizgnęło się po żelazie, krzesząc iskry. Quinn odepchnął mocno przeciwnika i ciął mocno, młynkując wściekle. Wróg cofnął się, nie dając ranić, elf wykorzystał nagłą przewagę i natarł wściekle, zręcznie balansując długą bronią zbił paradę bandyty i ciął mocno, z dołu, prosto przez twarz. Bandzior zawył, raniony, a elf doskoczył, sztychem wbijając ostrze wardyny niczym włócznię, prosto w brzuch. Skręcił ramiona, powiększając ranę i wyrwał broń, obrócił ją i ciął po raz ostatni, przez gardło. Człowiek zabulgotał niczym indor, z rozrąbanej krtani buchnęła struga krwi. Chwilę później był już martwy. Quinn odetchnął głęboko i podszedł do Torsteina.
- Wszystko w porządku? Jak mocno jesteś ranny? - zapytał.
--- Koniec cytatu ---
Torstein splunął i pomacał się po ranie. Przyjrzał się krwi i ocenił ranę. Nie była ani głęboka, ani poważna. Owszem powodowała dyskomfort, czy nawet ból, ale był on niczym w porównaniu do tego, co wojownik przeżył podczas transformacji w czarnego drakona. Machnął dłonią.
- Dostawało się gorzej, panie Quinn - mruknął. Podszedł do szynkwasu i wyjął z niego jakąś flaszkę. Po zapachu określił iż jest to śliwowica. Wziął potężny łyk, pomlaskał trochę, po czym oblał też ranę, aby ją odkazić. Flachę podał Quinnowi, gdyby chciał się napić. - To co robimy, panie Quinn?
Narrator:
--- Cytat: Marduk Draven w 13 Styczeń 2020, 11:02:35 ---Marduk ruszył do walki w tej samej chwili co Patty. Choć to raczej jego przeciwnik ruszył. To co z początku było spokojnym marszem w stronę anioła, stało się nagle niewiarygodnie szybką szarżą. Potwór zniżył głowę i pobiegł w stronę Dravena, dzwoniąc elementami pancerza. Tylko wyćwiczony refleks wojownika Zartata uratował go, gdy ten w porę wykonał zwinny unik w bok. Orkstein zahamował, uderzając w ścianę barkiem zamiast rogów. Ruszył do ataku, tnąc na odlew mieczem, za czym poszedł wyprowadzony od góry cios topora. Anioł Zartata nie zamierzał nawet próbować blokować rąbnięć oręża wroga. Zamiast tego postawił na uniki i natychmiastowe kontrataki. Wielki Mistrz ciął zręcznie po skosie, celując w łączenia zbroi w łokciu bestii, lecz Orkstein z niebywałą łatwością zasłonił się własną klingą i kontratakował toporem, zmuszając Marduka do kolejnego odstąpienia. Natychmiast po tym natarł, wpierw markując sztych miecza, tylko po to by rąbnąć toporem znad głowy. Anioł wywinął się spod pewnie miążdżacego ciosu i umknął w bok. Orkstein gotowy na to ciął mieczem. Klinga uderzyła skrzydlatego wojownika w osłoniętą hełmem twarz z taką siłą, że strąciła mu go z głowy i zachwiała nim samym. W głowie Marduka zadzwoniło jak w katedrze w Zartykanie, włosy na szczęście trzymały się w rzemieniu. Orkstein dalej nacierał, wznosząc topór w górę. To właśnie wtedy Marduk zrobił zamach od góry, po czym wykorzystał moc przemieszczenia, znajdując się nagle za potworem. Z całej siły ciął w łączenia zbroi bestii na łokciu, odcinając łapsko od reszty ciała. Kończyna padła na ziemię z głuchym metalowym dźwiękiem, zaś jej właściciel chlasnął swym mieczem z obrotu. Marduk uchylił się przed straceniem głowy i okrążył potwora. Umknął przed drugim cięcie, po czym zbił jego ostrze daleko na bok. Wykonał obrót, aby nabrać szybkości, po czym ujął miecz oburącz i z całej siły ciął po szyi potwora, separując głowę od reszty ciała, które runęło na ziemię. Anioł podszedł do odciętej głowy i skończył z nią jednym rąbnięciem miecza. Przyciągnął telekinezą swój hełm, ale nie zakładał go jeszcze. Schował miecz i rozejrzał się po sali.
Anioł podszedł do ołtarza. Przyjrzał się zwłokom w zbroi, następnie spojrzał na miecz i na zjawę unoszącą się nad nim.
- Kim jesteś duchu? Jakie są twe zamiary? - spytał.
--- Koniec cytatu ---
Zjawa popatrzyła na anioła, zniżyła się, by być na równi z nim. Nie okazywała żadnych oznak wrogości. Miała nawet przyjacielskie rysy.
- Za mego życia zwali mnie Leopoldem. Wrogowie mówili na mnie Tygrys. Może w strachu, może w pochwale. Nie wiem, nie ma to i tak teraz żadnego znaczenia. Co z resztą ma? - spytał duch, jakby retorycznie.- Jakie może mieć zamiary ktoś przykuty do tego miecza i okropnego miejsca?
Miecz o którym była mowa, wykonany był z mithrilu. Jego cała głownia poprzecinana była wzorami, które przypominały tygrysie pasy. W przejściu od ostrza do rękojeści znajdowała się podobizna otwartej i wyszczerzonej tygrysiej paszczy. To z niej wychodziło całe ostrze. Rękojeść obita była zaś skórą. Od broni biła aura. Nie mroczna, wręcz przeciwnie. Ciepła i miła, święta. Ostrze było dawniej narzędziem światła i zgubą zła.
- - Jeśli chcesz spytać czemu tu w ogóle jestem, to wyprzedzę cię i opowiem mą historię, byś nie tkwił w tym okropnym miejscu dłużej niż musisz. Byłem rycerzem zaprzysieżonym Zartatowi. W swym życiu zgładziłem wielu bandytów, ale też stawiłem czoła niejednemu potworowi. Czy to opętany mag, nekromanta wykorzystujący wieśniaków do eksperymentów, demon, wilkołak, wampir. Nie jest ważne ile i czego zabiłem. Wiedz tyle, że byłem wędrownym mordercą potworów i obrońcą ludzkości. Pomagał mi w tym mój wierny Tygrys, miecz który tu widzisz. Miecz magiczny, który dostałem kiedyś w prezencie od tajemniczego wędrowca. Od osoby tej biła jakaś ciepła aura. Dobro. Jego twarz jakby lśniła. - opowiadał duch Leopolda. - Po kilkunastu latach takiego życia natrafiłem na pogłoski o potężnym nekromancie, który zwał się Quorthonem. Przeżył niejedno życie, a niezliczoną ilość zniszczył w swym nikczemnym, oszalałym celu "ulepszenia" żywych istot. Postanowiłem położyć temu kres. Nie wiem ile bestii zarżnąłem w tym mrocznym miejscu, ale w końcu, gdy zabiłem dość eksperymentów, kultystów i uczniów, on sam wyszedł mi na spotkanie - mówił dalej.- - Z początku bitwa była wyrównana, mój miecz dawał mi jednak przewagę w walce z jego mrocznymi mocami. Lecz nie doceniłem go. Nekromanta miał wieki, by doskonalić się w walce i magii. Wystarczył mój jeden błąd. I tak oto ległem tutaj. Moja dusza nie może od tamtego czasu zaznać spokoju. Nie mogę opuścić tego miejsca dopóki ktoś nie podejmie się skończenia mej misji i nie weźmie mego miecza. Nie udam się do niebiańskiego królestwa póki nekromanta jest na tym świecie. Takiego ślubu dokonałem. Tylko ktoś o czystym sercu, ktoś oddany Zartatowi, ktoś dotknięty przez boga może wziąć ten miecz. Tylko ktoś, kto złoży śluby by chronić słabszych i niewinnych, oraz stawiać czoła złu może wykorzystać pełną moc tego miecza. - duch zatrzymał się na chwilę. - Teraz widzę przed sobą kogoś, kto może być godny. Kto musi taki być. Kto może być godniejszy niż sam anioł Zartata? Weź Tygrysa i dokończ mego dzieła!
Marduk Draven:
Anioł wysłuchał historii zjawy. Pokrywała się ona z legendami i opowieściami, które słyszał. Popatrzył na miecz, potem na Patty.
- Nie wiem jak ty, ale ja jestem za tym, aby go wziąć. Taka broń nie powinna tu tkwić, a przy tym może się przydać - powiedział do anielicy.
Patty:
Gdy duch zaczął niepytany opowiadać historię swojego życia Patty przewróciła oczami. Rada po fakcie iż zasłona hełmu tego nie pokazała. Postawą czy zachowaniem również tego nie okazała, duch bowiem gotów się jeszcze obrazić i ich zaatakować. Nieco zmęczona anielica nie miała ochoty na walkę z kolejnym przeciwnikiem, świadoma że został jeszcze mag.
- Zgadzam się. Łap zatem za ostrze - powiedziała w stronę Marduka.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej