Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Srebrem i ogniem część I - Rozpoznanie bojem
Narrator:
Prócz czystej podłogi, jaszczur dostrzegł metalowy uchwyt klapy, oraz samą klapę. Uchwyt był polerowany, żelazny.
Torstein Lothbrok:
- Chodźmy, panie Quinn- dracon rzucił do elfa. - Nie sprawdzi się samo - dodał jeszcze, dobywając swego toporzyska zza pleców. Ruszył trzecią odnogą.
Quinn:
- Istotnie. Chodźmy więc - zgodził się elf i sięgnął do kołczana, kładąc strzałę na łuku. Nie napinał póki co cięciwy, nie było takiej potrzeby, w razie potrzeby mógł to zrobić w krótką chwilę. Szedł więc przed siebie, trzymając się nieco za plecami rosłego dracona, ubezpieczając tyły stanowiąc ewentualne wsparcie bronią dystansową.
Evening Antarii:
-Zartat nie baczy przecież na ziemskie bogactwo- skomentowała wzruszając ramionami. Zło przerażało, owszem. Tutaj na dodatek było tak namacalne, że wszelkie rozważania na jego temat nie miały sensu. To już się wydarzyło, nic tego nie zmieni. Tak jak nic nie zmieni bezcelowości okrucieństwa.
Nagle wśród tej atmosfery śmierci na arenie słychać było warczenie. Ale nie był to pies czy wilk. To było coś znacznie gorszego. Gdy kula światła powędrowała w tamtą stronę, Eve uniosła oczy w górę. Monstrum wyłoniło się z cienia i nie czekając ruszyło na dwójkę aniołów. Jedyne co mogła zrobić w tej chwili to usunąć się z drogi taranowania. Gdy potwór był w połowie drogi do nich, co zajęło mu pół mrugnięcia okiem), Evening po błyskawicznym skupieniu energii boga i przelaniu jej w każdą komórkę swego ciała, przemieściła się za plecy styksa. Szybko rzuciła okiem na Marduka. Nie wątpiła, że jemu także uda się uniknąć zmiażdżenia. Dobyła też miecza.
Gdy styks był już w miejscu, w którym przed ułamkiem sekundy stała, Antarii podbiegła do niego od tyłu i będąc około pięciu metrów od niego, po chwyceniu swojego oręża mocniej w dwóch rękach, zaczęła obracać się szybko wokół własnej osi. Ostrze było teraz rozpędzonym narzędziem do zabijania. Styksowi nie zrobi tyle krzywdy co zwykłej bestii, ale porani go na pewno. Eve posuwała się po linii prostej. Wirowała jak tornado razem z mieczem. W końcu broń natrafiła na cielsko potwora. Anielica poczuła opór, gdy miecz uderzył o skórę przeciwnika, ale był on tylko chwilowy. Miecz ciął twardą skórę raz za razem, Trwało to chwilę, później Eve, gdy wytraciła już pęd, wzbiła się w powietrze i odleciała na bezpieczną odległość. Była gotowa, by za chwilę znów zaatakować.
Marduk Draven:
Prawdą było, ze Zartat nie baczył na bogactwo, ale na czyny i duszę na pewno. Honor i stawanie w obronie innych nie było domeną rzeziemieszków. Coś ciągnęło ich w stronę występków. Ci stacjonujący tutaj nie mieli żadnych skrupułów. Marduk nie miał czasu, by odpowiedzieć Evening. Podczas gdy Antarii ruszyła do walki, Marduk dobył buzdyganu i w swoje nogi przelał moc Boga światła. Atak anielicy, ostry, dotkliwy i powtarzający się sprawił, że bestia przychamowała, i zamachnęła się, by zdmuchnąć przeciwniczkę kulą od kiścienia, który przymocowano do jego ręki. Wtedy też do roboty ruszył Marduk. Z pomocą skrzydeł i energii zgromadzonej w nogach odbił się wysoko nad ziemię, w kierunku rozkojarzonego styksa. Pokuta z niebios wycelowana była prosto w pierś bestii i uderzyła z mocą i falą uderzeniową, która targnęła bestią tak mocno, że ta zachwiała się i padła na plecy. Arena zatrzęsła się, zaś ruszył do dalszej ofensywy. Tylko jego doświadczenie uratowało go przed uderzeniem kiścienia.
Wielki Mistrz Bractwa Świtu odbił się mocno skrzydłami i umknął od zagrożenia na bezpieczną odległość. Styks zaś, mimo ran powstał.
- Trzeba pozbawić go broni! Wal po łapie, jego broń połamie Ci srebro! - zawołał Marduk i zaczął kołować wokół styksa, by go zmylić. Dałby tym samym czas Antarii na atak łapę dzierżącą w kiścień, bądź ostrze.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej