Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Srebrem i ogniem część I - Rozpoznanie bojem
Marduk Draven:
Marduk uśmiechnął się parsknął.
- No już dobrze, już dobrze - odrzekł, lekko zirytowany tym, że Patty rozpija się znowu, tak jak ostatnio w Zartykanie.- Ufam ci. Byleby pan pancerny obok nie musiał cię podtrzymywać w boju - dodał jeszcze na dogryzkę. Skierował się po tym do Gascadena. - A ty? Masz jakieś pytania? Co do tego, o czym mówiłem wcześniej rzecz jasna.
Gascaden:
Wysłuchał w milczeniu opowieść Marduka zastanawiając się jak coś takiego jak Orkstein potrafi żyć i jak to wygląda w rzeczywistości. Drugi rodzaj potwora też nie zapowiadał się wesele, ale skoro dało się to zabić, a aniołowie już z tym walczyli to potyczka nie będzie aż taka trudna. Wcześniej nekromanta miał efekt zaskoczenia, a teraz, o ile nic nowego nie stworzył, wiadomo z czym się walczy i na co trzeba uważać.
- Właściwie to nie. Najważniejsze, że da się to zabić.
Marduk Draven:
W atmosferze takowego lekkiego przekomarzania mała kompania wjechała tak głębiej w trakt, gdzie drzewa znacznie lepiej chroniły ich przed deszczem. Południe przeistoczyło się w porę popołudniową. Deszcz był nieustraszony i zacięty i wkrótce dołączyły do niego grzmoty i błyskawice, jak gdyby sam Ellmor był przeciw tej wyprawie.
Oczywiście nie mogło to zastraszyć wiernych sług Zartata. Nie straszne im były wszelkie pioruny, nawałnice i gromy. Ich cel był przed nimi, dlatego też parli naprzód. A burza przeszła obok...
Deszcz po jakimś czasie ustał, choć ciemne chmury dalej ciążyły złowrogo na niebie. Gdzieś z oddali usłyszeli skowyt wilków.
Quinn:
Skryty wśród drzew elf unikał większości deszczu. Co i rusz coś kapnęło mu za kołnierz, ale ignorował to, idąc momentami niemalże w kuckach, wpatrzony w ślady odciśnięte w miękkiej, rozmiękłej ściółce. Ślady wilczych łap, jak ocenił Quinn, co jakiś czas sprawdzając trop. Wilcze stado, liczące blisko dziesięciu sztuk przemieszczało się nadzwyczaj szybko, o wiele za szybko jak na zwykłą przedzimową migrację. Elf wyczuwał że wataha śledzi swoją zdobycz, którą wkrótce dopadnie, stąd prędkość z jaką się poruszała. Nie widział tropów zwierzyny, wilcze ślady musiały ją przykryć. Przyspieszył zatem tempa, schodząc blisko szlaku i idąc niemal równolegle do niego. Czuł że stado jest niedaleko.
Gascaden:
Pogoda niezbyt z początku sprzyjała. Ulewne deszcze, pioruny, zimny wiatr - to nie warunki dla jaszczuroczłeków. Jadąc z drużyną miał nadzieję, że pogoda szybko się zmieni. Po części jego prośby się spełniły. Deszcz ustał, lecz słońce niezbyt chciało się dzielić swoimi promieniami, co wciąż nie satysfakcjonowało Gascadena. W lekko ponurym z racji pogody humorze kontynuował jazde zerkając co jakiś czas na krzaki po bokach traktu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej