Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Odrodzenie
Silion aep Mor:
- Hmm... - mruknął pod nosem - Wiesz co? Jesteś tak płytki, tak ograniczony, że aż szkoda mi słów ale poświęcę się i Ci to wytłumaczę prosto, gdy jeden wojuje na polu, drugi wojuje zza biurka, więc to ty mi tutaj nie pierdol o kryciu dupy, nie stanąłem do walki szabla w szablę? Wiesz co? Może iż nienawidzę swojego losu, nie uważam się za pseudo bohatera, tak więc nie zamierzałem biec z szabelką na kilku... Nie jestem głupi, z tego dystansu mógłbym dostać bełtem między oczy kilka razy... Tak, widziałem jak sobie radziliście. A ta rana na ramieniu to pewnie po poprzedniej jakiejś bitwie, tak? - dodał kąśliwie.
Można byłoby stwierdzić iż mężczyzna jest wredny, że nienawidzi rozmówcy, lecz ten po prostu był wewnętrznie rozgoryczony. To było coś czym nie chciał się dzielić.
Gdy chwilę później zobaczył tę scenę, tę przeklętą scenę, jak to ktoś kiedyś rzekł, serce pękło i zaczęło krwawić.
Mam dość, nie chcę na to patrzeć... Nie mogę, kurwa! - rozpadł się w sobie.
Wbił wzrok w ziemię i jechał tak dalej przed siebie.
Mohamed Khaled:
- Uświadomić Ci przykrą prawdę? W czasie kiedy ty sobie do nas powoli dreptałeś to ja zasloniłem Armin własnym ciałem przed bełtem z kuszy.
Jechaliście w dalszym ciągu. Szóstka Krukow tym razem nie odstapiła was nawet na krok. Po jakichś trzech godzinach w oddali dojrzeliście światła palonego ogniska i niewyraźne ścieżki dymu. Karczma, o której wspominał Mohamed była na wyciągnięcie ręki.
Silion aep Mor:
- Och ty bohaterze, przykrą prawdę? Myślisz, że znasz Armin? Wiesz co ona przeszła? Armin nie jest pierwszym lepszym podlotkiem który nie potrafi się bronić. Ten bełt mógł równie dobrze spudłować, mogła się wychylić, ale ty wolałeś nim oberwać, by jej zaimponować, by pokazać jaki z Ciebie bohater... Ach, szkoda gadać... - urwał temat. Nie miał ochoty tego ciągnąć. Wolał się uciszyć i odsunąć w cień.
Kilka godzin później, gdzieś w oddali majaczyła karczma.
Mohamed Khaled:
- Być może tak, być może nie... - westchnął cicho i pociągnął raz jeszcze za lejce.
Karczma z każdą minutą coraz bardziej się zbliżała. Gdy dotarliście pod budynek była już późna noc. Z wewnątrz wydobywał się śmiech, a delikatny zapach piwa i pieczeni kusił swą prostotą. Gdy weszliście do środka, waszym oczom ukazało się spore pomieszczenie, pełne w tej chwili różnorakich gości. Kilku elfów, krasnoludów, ludzi, maurenów, były nawet jaszczury. Nikt nie zwrócił na was uwagi, jedynie karczmarz podniósł łeb, ale zaraz potem spuścił go na blat wycierając szklanki.
Armin:
Droga na samym początku dłużyła się maurence. Lecz po pewnym czasie przymknęła oczy i próbowała się wyciszyć. Przez cały czas przejażdżki nie spojrzała w stronę krasnoluda ani razu, dlatego też po dłuższym czasie zaczęła ją boleć szyja, ale była wytrwała. Kiedy się zatrzymali, przeciągnęła się i po chwili zaczęła rozmasowywać bolące miejsce. Zeszła z konia, a następnie skierowała się w stronę karczmy. W środku nie zauważyła nic nadzwyczajnego, karczma jak karczma.
Ciemnoskóra chciała się jakoś odstresować, nawet w najmniejszym stopniu, więc nie czekając na innych podeszła do karczmarza.
- Papierosy i zapałki Pan ma? - spytała podchodząc do lady.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej