Krótko po aferze pod karczmą, Marduk nakazał wyjście do kaplicy. Dopił swój kufel miodu, zabrał miecz na plecy, wstał do stołu. Zostawił karczmarzowi 100 grzywien, po czym opuścił karczmę. Wieczorem wieś wydawała się martwa, opuszczona. Absolutnie nikt nie błąkał się po ulicach, a każde okno było zasłonięte. Gdyby nie kilka latarni, pewnie panowałaby całkowita ciemność. Marszałek koronny poprowadził kompanię przez główną i jedyną ulicę wsi do drugiej, po ratuszu pod względem rozmiarów budowli. Była ona wystawna, zbudowana z szarego kamienia. Na drodze do środka stały solidne, drewniane wrota, które paladyn otworzył. Wszedł pierwszy, pobrzmiewając stalową zbroją w niemalże pustej kaplicy. Prócz nich był w niej jeszcze tylko rycerz, oraz kapłan. Marduk klęknął przed figurą Zartata i ołtarzem, uginając także kark. Po chwili wstał.
Wewnątrz płonęła mnogość świec na żyrandolach i kilka pochodni, oświetlając kaplicę, tak jak Zartat robi to ze swoimi sługami.
– Dajcie po jednej, wybranej broni pod ołtarz, najlepiej najlepszej, jaką dysponujecie, po czym zajmijcie miejsca w ławach – polecił drużynie. Sam wyciągnął, z metalicznym sykiem, swój półtorak, po czy ułożył go u stóp ołtarza.