Nieznajomym okazała się dziewczyna. Wyglądała na nie wiele młodszą od Antarii. Była zapłakana i rozczochrana, lecz nawet mimo to, była bardzo urodziwą młódką. Zziajana zatrzymała się przed Evening. W międzyczasie, do anielicy podjechał Marduk.
- Grożą, że go.. zabiją! Musice pomóc! – mówiła zmęczona.
– Spokojnie, tu nie masz się czego bać, jesteś pomiędzy dobrymi ludźmi. Uspokój się i powiedz.
- Mój ojciec jest sołtysem... przyszli do niego jacyś źle wyglądający, obezwładnili go i kazali mu przywołać naszego rycerza, grożąc mi bronią. Ale tatko umie się bić, sam kiedyś wojował i zaczął z nimi walczyć, a ja uciekłam.. po prostu biegłam i zobaczyłam, że ktoś jedzie... proszę... musicie mi pomóc! – wydusiła i zapłakana upadła na kolana. Marduk poznał ją. Nie z wyglądu, ale z opisu. Zsiadł z konia i zdjął hełm.
– Hej, Jagienko. To ja, pan Draven. Spójrz na mnie – ujął ją za policzek i skierował jej twarz ku swojej. – Uratujemy Twojego ojca. Obiecuję.
Objął ją, aby choć trochę ją uspokoić, niestety niezbyt to pomagało. Paladyn westchnął. Zebrał odrobinę energii magicznej i dotknął skroni kobiety.
– Izaar! – szepnął, magicznie usypiając niewiastę. Zdjął szybko pelerynę. Podniósł kobietę wraz z odzieniem, po czym zaniósł na wóz, na którym siedział Melkior. Oblekł dziewczynę swoją pelerynę i położył, odsuwając złom. – Melkior ładuj się z kimś na konia, Egbert tak samo, Kazmir, pilnuj jej razem ze swoją bandą. I niech jej nawet włos z głowy nie spadnie! – rozkazał ostro. – Reszta jedzie ze mną, pędem! – dodał. Wrócił się do Zirael, porwał z ziemi hełm, założył go i wsiadł na koń, po czym puścił pancerną klacz w prędki cwał, nawet nie czekając na resztę drużyny.