Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Na rozprostowanie kości
Egbert:
Egbert wyciągnął swój sihil, po czym z lekkim wahaniem zbliżył się do ołtarza i położył go obok miecza paladyna. Najemnik nie ufał czarom, ale magia bractwa powodowała raczej więcej dobrego, niż złego. Rudobrody przekonał się o tym na własnej skórze, nie tak dawno temu. Poza tym, nawet komandor Melkior, który Zartata miał raczej w rzyci, posiadał błogosławiony oręż. Dlatego ostatecznie Bękart zdecydował się zaufać Mardukowi. Gdy jego ostrze spoczęło już bezpiecznie na szarym kamieniu, najemnik wycofał się i zgodnie z poleceniem usiadł na wskazanym miejscu. Czuł się tutaj dość nieswojo. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio był w jakiejś świątyni. Chyba jako dziecko. Rzadko zwracał się do bogów, a jeśli już, to zazwyczaj kierował swoje myśli w stronę Rashera. W każdym razie, mężczyzna był ciekawy w jaki konkretnie sposób magia boga światła wzmocni jego oręż. Swoją drogą, ciekawe też o co szefostwo sprzeczało się przed karczmą. Kilka podniesionych głosów Egbert usłyszał, ale żadnych słów nie mógł rozróżnić. Cóż, może sprawa wyjaśni się w swoim czasie. Sprawy oficerów były sprawami oficerów, dlatego rudobrody nie zamierzał się dopytywać.
Dragosani:
Po naradzie w karczmie drużyna skierowała się do kaplicy, aby dokonać konsekracji broni. Wampir zastanawiał się, którą broń wybrać, z tych, które miał ze sobą na tej wyprawie. Wybór tak naprawdę nie był ciężki. Trudniejszym do odpowiedzenia pytaniem było to, czy Zartat zechce pobłogosławić broń wampira. Stosunki Draga z Panem Nadziei były... skomplikowane. Zapewne bardziej niż mógł przypuszczać każdy spośród tej zbieraniny. No może poza Eve. Ona tutaj była najbliżej Zartata, więc mogła zrozumieć lepiej pewne aspekty. Antares wszedł do kaplicy wraz z pozostałymi. Podszedł do ołtarza, wydobywując z pochwy szablę z czarnej rudy. Położył ją u stóp. Nie klękał przed wizerunkiem boga, nie ugina ł karku. Odszedł od ołtarza i czekał, stojąc nieopodal.
Evening Antarii:
Nawet Eve, będąc przecież anielicą, zastanawiała się, jak dadzą radę temu liszowi. Pomimo teoretycznej nieśmiertelności - bała się. Pobłogosławienie broni było dobrym pomysłem. Dla niej znaczyło to bardzo dużo. Nie było to jedynie moralne wsparcie, ale realna boska siła. Zartat dobrem i światłem ingerował nawet w życie tych, którzy nie bardzo dbali o rozwój swojej duszy.
Antarii wybrała kiścień zwany "Wyrokiem anielicy". Bardziej wytrzymalszy od jej miecza. Wykonany był przez Siliona, mistrza kowalstwa, a niegdyś po prostu zwykłego znajomego, który po narodzinach jego pierwszego dziecka zaczął się jakoś dziwnie zachowywać i słuch po nim zaginął, choć czasem po mieście słychać było plotki o jego powrocie. Cóż, może dobry krasnolud opuścił wyspę, może powędrował do królestwa Rashera, ale jego dzieło nadal służy do poskramiania i wypędzania zła z Valfden i nie tylko. Może właśnie o to chodzi w życiu, by pozostawić po sobie coś trwałego i szlachetnego, co będzie służyć innym jeszcze długi czas po tym, jak sami znikniemy?
Anielica położyła kiścień obok innych broni. Złożyła ciaśniej skrzydła i weszła do ławy. Po cichu się modliła.
Ashog "Stalowa furia":
Ork z niechęcią wszedł do świątyni, uważał że odpowiednio ostry miecz zabije wszystko. Bez magicznych udziwnień, i błogosławieństw martwych bogów. Ashog ściągnął Furię z pleców i położył ją przed ołtarzem. Bez pokłonów i zginania karku. Nie ma Boga nad Allaha nad Rashera. Powiedział w myślach i usiadł w ławie.
Mirzak aep Rothgar:
Podchmielony krasnolud chwiejnym krokiem wszedł do świątyni. Ledwo dotarł pod ołtarz i położył tam kuszę. Potem próbował dojść do ławy, dwa razy się prawie wypieprzył. Potem go zemdliło, dobiegł do ściany gdzie na piedestale stała jakaś misa, ładna pozłacana. Mirzak wsadził tam łeb i zwymiotował. Cztery razy, wydając przy tym okropne dźwięki. A potem piardł okropnie i padł na posadzkę. I się zeszczał.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej