Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Na rozprostowanie kości

<< < (68/233) > >>

Marduk Draven:
Marduk westchnął. Ciężko. Bardzo. Zacisnął zęby, bo nie wypadało rzucać mięsem w świątyni boga. Zerknął na Tacticusa.
– Melkior, nie chcę widzieć tego ścierwa w TEJ świątyni – powiedział najspokojniej jak potrafił. Mirzak zapewnił sobie minimalny, jeśli nie zerowy zarobek. Prawie się otarło o przemalowanie twarzy. Paladyn ujął misę siłą telekinezy i wylał jej zawartość na schlanego, śpiącego krasnoluda, po czym jej siłą pacnął go w głowę. Po świątyni rozległ się dźwięk przypominający pukanie w pustą skrzynię.

Melkior Tacticus:
To powiedz to jemu nie mi. Co ja jestem, jego matka? Pomyślał starając się nie śmiać. Nie miał zamiaru tknąć go palcem. - Kazmir, zabierz go stąd i doprowadź do stanu używalności. I nie wracaj mi tutaj z nim, bo się Zartat obrazi. I co wtedy? To co tu zaszło to skandal! Teatralnie podniósł ton - Bluźnierstwo! W myślach rechotał ze śmiechu.

Kazmir MacBrewmann:
Dlaczego ja? A nie kapłan? Który pewnie w piwnicy trzyma "małe kotki" które pokazuje dzieciom... Krasnolud wstał, podszedł do śmierdzącego alkoholem, rzygami, moczem i... kupą krasnoluda. Podniósł go i pomógł wyjść.

Nawaar:
Mauren wraz z innymi ruszył do kaplicy, aby pobłogosławić broń. Ciemnoskóry sądził, że raczej nie każdy dobędzie zaszczytu konsekracji, bo raczej sądząc po zgromadzonych to nawet ten, który ma najczystsze serce i intencje a jest przeklęty z natury jak wampir może nie otrzymać tego daru, lecz czasami nawet sługi bractwa nie mają czystych serc i również nie otrzymując nic, ale czas pokaże jak to mówią. Nawaar przekroczył próg świątyni, gdzie ściągnął czapkę ze skóry wilka, żeby nie obrazić czyiś uczuć religijnych, co właśnie uczynił jeden z krasnoludów. Ciemnoskóry nie rozumiał tutejszych osobników pod żadnym względem. Kompania nie dość, że się obijała to nie zważała na żadne obyczaje już nie mówiąc o jakimś tam manierach. Wojownik pustyni z obrzydzeniem ominął zapijaczonego brodacza, położył na ołtarzu swoją włócznię, którą najlepiej mu się walczyło, po czym sam spoczął, siadając za jednych z ław tam, gdzie nikt nie siedział. W takich chwilach wolał samotnie obserwować, poczynania bóstwa.

Egbert:
Dlatego nie piję na służbie.
Pomyślał Egbert. Musiał jednak przyznać, że cała ta akcja mocno poprawiła mu humor. Powstrzymując uśmiech, zerknął na komandora. Po jego twarzy widać było, że myśli podobnie jak szeregowy. Nie ma to jak trochę rzygów na rozluźnienie atmosfery.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej