Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Posłańcy śmierci
Nawaar:
Zadowolony z udanych łowów początkujący myśliwy szedł dalej lasem w jego pełnym rozkwicie. Wcześniej niemal zapomniał o wnerwiających go komarach, które znowu zaczęły mu grać koło ucha, gdy sielankowość była w pełnym rozkwicie. Wszystko wyglądało pięknie w Veris kwitło, pachniało i natura również dawała się we znaki. Polana, którą miał okazję zobaczyć była iście piękna jak z opowiadań aż chciałoby się tam zostać, zwłaszcza kiedy sarenki sobie gryzły trawę i latały dookoła. Nawaar westchnął widząc to i w międzyczasie, uśmiercił jednego z komarów. W końcu ruszył dalej, bo ile można patrzeć, gdy niemal wszystko może go tutaj zjeść bezproblemowo. Mauren idąc sobie dalej natrafił na coś zgoła odmiennego niż tropy zwierząt! Mając farta lub nie natrafił o obóz ludzki. Ognisko świeżo zagaszone można było to stwierdzić, po dymie jeszcze lekko unoszącym się oraz po końcowym produkcie przemiany materii, czyli kupie. Syn pustyni nie będzie grzebał w ludzkich ekskrementach, ale na początek przyjrzał się śladom czyli ilu mogło tutaj przebywać oraz, którędy się udali. Ciemnoskóry ukucnął i zaczął się wszystkiemu przyglądać, żeby złapać trop.
Patty:
Obozowisko miało dość typowy kształt, małe ognisko otoczone kamieniami by nie zaprószyć ognia, zaraz obok widać było głęboki odcisk w ściółce, prawdopodobnie tajemnicza osoba spała w tym właśnie miejscu. Kilka kroków na prawo można było zauważyć zwierzęce resztki, po posiłku lub oprawianiu zwierzyny, trudno było to dokładnie określić. Od ogniska odchodziły trzy zestawy śladów, na południe, na zachód oraz na północny zachód.
Nawaar:
Mając okazję na spokojnie obejrzeć sobie obozowisko mógł stwierdzić, że były tu trzy osoby co mogły wskazywać ślady w różnych kierunkach, ponieważ łatwo było to wytłumaczyć spotkanie trzech znajomych łowców, którzy sobie posiedzieli przy ognisku, ale z drugiej strony mogła być to jedna dość sprytna osoba, zakładająca pułapki dla niedoświadczonych ludzi lub zwierzęta, żeby ułatwić sobie robotę skracając czas a zarazem, oszczędzając strzały. Nawaar na serio miał dylemat, gdzie się teraz udać. Ciemnoskóry na chwilę usiadł i jeszcze raz się przyjrzał śladom dwa były niemal w kierunku zachodnim zaś trzeci prowadził na południe. - Raz kozie śmierć. Stwierdził sam do siebie, po czym udał się w kierunku południowym, gdzie prowadziły pojedyncze ślady. Syn pustyni starał się ich trzymać i wyszukać te, które miały go naprowadzić, ale na co? Można było takie pytanie sobie zadać, ponieważ mogło to przypominać samobójstwo.
Patty:
I szedł tak Nawaar z nosem przy ziemi, śledząc ślady, tropiąc nieuchwytne widmo. Nagle ze skupienia wyrwało go krótkie chrząknięcie i tuż koło jego stóp przemknęła rozmazana brązowa smuga. Zaraz za nią przebiegły dwie kolejne i wtedy mauren dojrzał z czym ma do czynienia. Były, jak to fachowcy określali, małe dziki.
Nawaar:
Poszedł na południe jak sobie, założył będąc jeszcze w czyimś obozie. Ciemnoskóry patrząc sobie pod nogi, żeby nie stracić śladu z oczy, podążał dalej i dalej w końcu znów zagłębił się głębiej w las. W tym momencie patrzył jak świnia cały czas w dół dopóki coś dziwnego nie chrząknęło, przebiegając mu koło nóg, jakby mała brązowa plama, którą kupą nazwać się nie dało, ponieważ zaraz po pierwszej przebiegła druga i trzecia. Nawaar zdał sobie po sekundzie sprawę, co to było. Małe dziki! Locha musi być blisko! Krew w żyłach zaczęła szybciej krążyć, serce przyspieszyło swe tętno, ale wiedział, że dzika locha w obronie swych małych nie podda się nigdy dopóki zagrożenie, nie zniknie. W takim wypadku mauren zaczął się rozglądać za drzewem, na które mógłby się wdrapać i ewentualnie ostrzeliwać leśne bestie, bo w wypadku walki bezpośredniej będzie mieć mniejsze szanse niż z wilkami, a i z nimi było trudno.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej