Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Ratunek z niebios
Marduk Draven:
No i też ruszył szybciej. Szliście tak przez bór, on zaś rozglądał się tak, jakby szukał punktów orientacyjnych.
//Pół kilometra, zwiększa się.
Patty:
Nie mogąc się powstrzymać anielica zatrzymała telekinezą bandytę i przyciągnęła go siłą do siebie.
- Wiesz co, zmieniłam zdanie, najpierw pójdziemy po mojego konia. Siedzi pewnie taki samotny i porzucony, smutno mu... To w tę stronę- pchnęła mężczyznę w odpowiednim kierunku, ruszając w stronę konika. Jeśli dobrze się orientowała, a zazwyczaj nie miała z tym problemu, do Wercyngetoryksa zostało jej nieco ponad pięćset metrów, powinna dotrzeć tam w miarę szybko.
Marduk Draven:
//Mała uwaga. Zmieniłeś sposób narracji po tekście mówionym. Trzymaj się proszę jednego.
-D-dobrze.- odpowiedział i poszedł, dosyć pośpiesznie.
Patty:
Stale popędzając swojego nowego więźnia i przewodnika anielica szybko dotarła do Wercyngetoryksa. Ten stał spokojnie, jak na ułożonego i posłusznego konia przystało, wyszukując pyskiem pojedyncze źdźbła trawy i inne jadalne dla koni rzeczy. Widząc swoją panią rumak zarżał przyjaźnie, a jego brązowe oczy rozjaśniły się zauważalnie. Kobieta poklepała go przyjaźnie po karku i odwiązała lejce od drzewa, po czym wskoczyła na siodło. Sadowiąc się wygodnie na grzbiecie wierzchowca wyciągnęła pistolet i wycelowała w bandytę.
- A teraz idziemy do waszego obozu.
Marduk Draven:
Zbir kiwnął głową i poprowadził. Najpierw tam, gdzie się spotkali po raz pierwszy, a potem dalej. Im dalej szliście, tym bardziej się trząsł, denerwował się i rozglądał.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej