Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Ratunek z niebios

(1/21) > >>

Patty:
Nazwa: Ratunek z niebios
Prowadzący: Marduk Draven
Wymagania: brak
Uczestnicy: Patricia Morii


Wkrótce po zakończeniu spotkania w kapitularzu anielica udała się do do swoich komnat, by przygotować się na zadanie które przypadło jej w udziale. W pokoju czekała już na nią nowo wykuta zbroja, pewien uczynny rekrut rozstawił na specjalnym stojaku. Patty uśmiechnęła się, widząc w pełni gotowy komplet czarnej zbroi i przystąpiła do zakładania pancerza. Sprawnie dociągnęła wszystkie paski, sprawdziła mocowania i poruszyła raz i drugi skrzydłami, upewniając się że nowy naplecznik nie zawadza. Wolała sprawdzić to zawczasu. Ostatnie co zrobiła to wsunęła do pochwy swój nowy bastard i wyszła z komnaty, kierując się w stronę stajni.
Koń, potężny, gniady ogier stał już w boksie, a stajenny właśnie dociągał popręgi siodła. Widząc swoją panią rumak parsknął i uderzył podkutym kopytem w ziemię, płosząc pomocnika. Anielica uspokoiła go gestem i podziękowała za zajęcie się koniem. Sama sprawdziła wszystkie zapięcia i klamry, jak równiez ułożenie ladrów, wiedziała bowiem z doświadczenia że jak łatwo jest nieumiejętnie założyć pancerz na koński grzbiet. Gdy wszystko było gotowe Patty wskoczyła na siodło i puściła rumaka w galop, wyjeżdżając z siedziby Bractwa, kierując się na północ.

Marduk Draven:
- Z Zartatem, panienko!- anielicę pożegnał stajenny.
Szybko opuściła ona twierdzę ÂŚwitu. Koń nawet pomimo opancerzonego jeźdźcy na grzbiecie i własnej zbroi był niezwykle szybki. Musiał taki być, bo co komu po zaciężnym koniu, który porusza się z prędkością żółwia? Wiatr smagał płaszcz czarnoskrzydłej anielicy, która ze swą maską wyglądała bardziej jak upiorny jeździec Rashera, niż wojownik Zartata. Wszędzie latały szkarłatne, brązowe i złote liście, nie przeszkadzały one jednak Patricii.
ÂŚcieżka traktu była szeroka i wyraźna. Zadbana, zważywszy na to, że codziennie przejeżdżali nimi kupcy i podróżnicy wędrujący z Rashet do Efehidonu i vice versa.
Na razie panował spokój. Było późne popołudnie. Przed anielicą było jeszcze sporo drogi. Słońce świeciło blado-czerwoną łuną, oznaczającą swój zachód.

Patty:
Wypuszczony w końcu z mroków stajni rumak mógł rozwinąć przyzwoitą prędkość, co chętnie uczynił. Choć ciężko opancerzony koń zwany Wercyngetoryksem, noszący to mocne imię na cześć wielkiego wodza z zamierzchłej przeszłości, biegł żwawo, równo bijąc kopytami w ubity trakt. Aura sprzyjała, choć była już późna jesień nie padał ani deszcz, ani śnieg, zachodzące słońce przyjemnie oświetlało bok anielicy. Kobietę kusiło, by puścić wierzchowca w cwał, ale nie była jeszcze tego pewna, wszak zwierzę niosło na grzbiecie ją w zbroi i broń w jukach. Jechała zatem przyjemnym, szybkim tempem, sprawnie przemieszczając się w stronę północnych lasów.
Anielica była ciekawa co tam może zastać, wspomniała słowa kanclerza Bractwa który mówił o arcyliszu, mogła się zatem spodziewać magów. Z nimi dawno nie walczyła, ostatnim razem jeszcze wespół z wampirzym władcą i poprzednim królem. Durny wampir cisnął wtedy we mnie piorunem, przypomniała sobie bez wesołości Patty.

Marduk Draven:
W atmosferze wspomnień anielica nawet nie zauważyła, gdy słońce ustąpiło Tinriletowi i Vosse. Dwa różne światy, księżyce planety, związane jakby na uwięzi grawitacji. Razem z wieloma gwiazdami oświetlały one ziemię, sprawiając, że ciemność nie była aż tak bardzo gęsta i nieprzenikniona. Dało się jechać.
W oddali zawył jakiś wilk. A może wilkołak? Kto to wie...

Patty:
Anielica zapatrzyła się przez chwilę na jeden z księżyców marantu, popuszczając wodze, ufała swojemu wierzchowcowi na tyle by być pewną że nie zjedzie do rowu albo w pole. A kobieta zapatrzyła się na zielono-błękitny księżyc, ogółowi znany jako Tinirlet. Patty uśmiechnęła się pod swoim upiornym hełmem, przypominając sobie jak odwiedzili, jak się im wówczas wydawało, odległy świat i nieodpowiedzialnie wmieszali się w cudze sprawy. Zapolowali tam nawet na smoka. Anielica dobrze pamiętała potężną, rzadką bestię, która niemal spopieliła całą ich drużynę. Uszli jednak i z życiem, i trofeami. Wspominała jeszcze kompanów, z którymi udała się wówczas na ten wielki łów i z pewną przykrością stwierdziła, że większości na wyspie już niestety nie ma. Jedni zginęli, drudzy zniknęli.
Kobieta potrząsnęła głowa, odpędzając widma przeszłości i rozejrzała się po nagle zanurzonej w półmroku okolicy. Nie była to jeszcze ciemność, ale Patty wolała nie ryzykować. Puściła rękę i przesłała do niej nieco energii magicznej, tkając z niej proste zaklęcie światła.
- Elishah! - wyszeptała i wypuściła z rąk świetlik i posłała go nad siebie, oświetlając siebie, konia i drogę przed nimi. Anielica nie bała się ciemności, przestała już dawno temu, była pewna że jest w stanie stawić czoła mogącym z niej nadejść potworom. Ale rumakowi będzie lżej jechać gdy będzie widział gdzie konkretnie jedzie.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej