Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Ratunek z niebios
Patty:
Konik dzielnie parł do przodu przez zaludnione ulice Efehidonu, dokładnie tam gdzie prowadziła go anielica, ku północnej bramie. Opancerzony, potężny koń i jego skrzydlata właścicielka jechali do przodu, a te cechy ich wyglądu działały niemal jak zaklęcie na przechodniów, którzy widząc herb Bractwa i czarne skrzydła usuwali się z drogi. Korzystając z tego Patty przemknęła przez miasto, szybko wyjeżdżając na ubity trakt wiodący docelowo do hrabstwa Revar. Kobieta zastanowiła się przez chwilę co się tam właściwie dzieje, na dalekiej północy Valfden była już dawno temu, w czasie pierwszej krucjaty archonta, od tamtej pory nie zapuszczała się w te niegościnne puszcze. Teraz jednak nie musiała jechać tak daleko. Opuściwszy miasto, Patricia skierowała Wercyngetoryksa ku drodze prowadzącej w lasy.
Marduk Draven:
Patrica szybko się też znalazła z powrotem na trakcie wiodącym przez piękne, atunusowe lasy. Zależy jednak dla kogo były piękne. Drzewa były bez liści. Nagimi gałęziami pięły się ku słońcu niczym jego wyznawcy. Mocne wiatry rozrzucał kupy czerwonych, złotych i brązowych liści, a ostatnie zwierzęta szykowały się już do snu hemisowego. Gdzieś nad kobietą przeleciała chmara głośnych kruków. Zrobiło się jej troszkę chłodno od wiatru.
Patty:
Czując zimny, jesienny wiatr anielica zdjęła na chwilę płaszcz, składając skrzydła i jak gdyby okrywając się nimi, po czym narzuciła na siebie płaszcz i naciągnęła na głowę kaptur. Przestała się nieco rzucać w oczy, patrząc z daleka można byłoby nawet powiedzieć, że to zwyczajny paladyn bractwa świtu podróżuje w sobie znanych tylko interesach. Z bliska nadal co prawda można było stwierdzić, że to jedynie okryta płaszczem anielica, ale i na kamuflazu niespecjalnie Patricii zależało. Tak przyszykowana wjechała w łysy już, niemalże zimowy las. Odetchnęła głęboko, patrząc przez chwilę na parę jaką uformował jej oddech i ruszyła dalej w drogę.
Marduk Draven:
Droga mijała jej nie za szybko, nie za wolno. Brak zajęcia "wydłużał" ją. Lunął deszcz, lecz kaptur i płaszcz skutecznie ją chronił. Wercyngetoryks zachrapał, jak gdyby był oburzony pogodą.
Patty:
Widząc padające z nieba krople anielica niemalże zazgrzytała zębami i opatuliła się ciaśniej płaszczem, chroniąc się przed ulewą. Podejrzewała, ze na wiele się to nie zda, znała bowiem ze swojego życia dostatecznie dobrze jesienne deszcze by wiedzieć, że w takich warunkach człowiek prędzej czy później przemakał do suchej nitki. Patricia wiedząc że na to nic nie może poradzić trąciła konia prawą nogą, a rumak posłusznie zjechał z traktu, powoli wjeżdżając w łyse już krzaki. Gałęzie wbijałyby się boleśnie w boki wierzchowca, gdyby nie stalowe ladry, Wercyngetorysk zatem parł równo do przodu, idąc twardo w puszczę.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej